środa, 28 czerwca 2017

tort naleśnikowy z domowym dżemem truskawkowym

Naleśniki goszczą na naszym stole często, na pewno częściej na słodko niż na słono. Jeśli naleśniki mają być z białym serem to składam je w trójkąty, jeśli z dżemem to zwijam je w ruloniki, a je jeśli ze świeżymi owocami....to zawijam je w rożki.  Tym razem mając usmażone naleśniki zamiast zwinąć je w ruloniki dla odmiany zrobiłam z nich tort. Każdy gotowy naleśnik smarowałam dżemem, nakładałam na niego kolejny i smarowałam ponownie dżemem...i tak do skończenia się zarówno naleśników i jak i słoiczka z dżemem.

Składniki:
około 25 naleśników, na blogu jest (jak zrobić domowe naleśniki?)
słoiczek domowego dżemu o pojemności około  350 ml (u mnie truskawkowy), na blogu jest (przepis na domowy dżem truskawkowy)
truskawki do dekoracji gotowego tortu naleśnikowego (opcjonalnie)

Wykonanie:
Na talerz kładę pierwszy naleśnik, smaruję go cienką warstwą dżemu, kładę na warstwę dżemu kolejny naleśnik i smaruję go dżemem. Postępuje tak do momentu, aż skończą mi się naleśniki i słoiczek dżemu. Wierch tortu dekoruję opłukanymi i obranymi z szypułek, pokrojonymi na cząstki truskawkami. Dobrze jest taki naleśnikowy tort chwilkę schłodzić, aby łatwiej było go kroić.



 

dżem truskawkowy domowy

 Przygotowuje latem przetwory w słoiki.....nie dlatego, że żal mi jest przemijającego sezonu na świeże warzywa i owoce oraz tego, że ceny takie kuszące. Przygotowuje bo wiem co mam w słoiku i wiem co zjadamy....bo dżem, który usmażę będzie zawierał tyle cukru ile uważam (będą w nim owoc i cukier, a nie będzie wypełniaczy, zagęstników!).  Smażę dżemy z  dodatkiem cukru, wcale nie dodaję go dużo, zależy to od tego jak słodkie mam owoce. Ile bym nie zrobiła słoiczków dżemu, zawsze są zjedzone przed kolejnym sezonem. Kanapkami z twarogiem i domowym dżemem czy naleśnikami z dżemem nie pogardzimy.....
Na koniec nikt mi nie wmówi, że jakiś gotowy dżem marketowy jest lepszy od tego domowego (pośród tych marketowych, po przeszukaniu sklepowych półek wzdłuż i wszerz trafi się czasem słoiczek z przyzwoitym składem....ale po jakimś czasie skład na owym słoiczku potrafi ulec zmianie, pojawiają się dodatki.....Ja niestety jestem konsumentem, któremu nie da się zamydlić oczu, jestem osobą odporną na jakiekolwiek reklamy.... Nawet jeśli ktoś z czyim zdaniem się liczę coś poleca nie uważam tego od razu za dobre...sama muszę spróbować i wyrobić sobie zdanie!
Składniki:
kilogram truskawek
około 300g cukru
 
Wykonanie:
Truskawki myję, obieram z szypułek  (jeśli są bardzo duże kroję je na połówki lub ćwiartki). Wrzucam do rondla i zasypuję cukrem. Odstawiam na około godzinę, aby truskawki puściły sok. Jeśli puszczą sok, zaczynam smażenie. Smażę około godziny na malutkim palniku, co jakiś czas mieszając, aby dżem się ni przypalił. Zesmażam dżem do czasu, aż jego gęstość mi odpowiada (aby nie był zbytnio lejący, ani za gesty)! Gorący przelewam do suchych słoiczków, zakręcam szczelną zakrętką i odstawiam go do góry dnem (aby zakrętka się zassała).
 
*skąd mamy wiedzieć, że dżem jest gotowy! Łyżeczkę dżemu kładziemy na spodeczek, jeśli nam on od razu zastyga znaczy to, że możemy przekładać go do słoiczków.

 

 

niedziela, 25 czerwca 2017

brzoskwinie zapiekane pod kruszonką podane z bitą śmietaną

 Takie zapiekane owoce to idealny deser, nie tylko do przygotowania latem! W dzisiejszym przepisie wykorzystałam brzoskwinie, ale pod kruszonką można zapiec wszystkie owoce (zarówno mając do dyspozycji świeżo owoce sezonowe, a zimą te które sobie zamroziliśmy latem.
Poza tym deser ten jest z tych, który przygotuje nawet leń kulinarny (bo robi się go szybko), jak i osoba nie mająca żadnych zdolności kulinarnych (bo jest prosty w wykonaniu).
 Składniki:
6 miękkich brzoskwiń
łyżka cukru
 
na kruszonkę:
125 g mąki pszennej
około 65 g masła o zawartości tłuszczu minimum 83%
1/4 szklanki cukru
 
ponadto:
łyżka cukru do posypania po wierzchu kruszonki przed wstawieniem deseru do zapiekania
domowa bita śmietana lub domowe lody do podania gotowego deseru
 Wykonanie:
Brzoskwinie sparzam wrzątkiem i ściągam z nich skórkę. Ostrym nożem przekrawam i wyciągam pestki, a miąższ kroję na grubsze plasterki.
Pokrojone plasterki układam w naczyniu do zapiekania, posypuję łyżką cukru i wstawiam do piekarnika nagrzanego do 200 °C, na 5 minut.
W tym czasie przygotowuję kruszonkę, wsypuję do głębszej miski mąkę i dodaję schłodzone masło, cukier i palcami wyrabiam masę. Ma ona wyglądać jak "pokruszony chleb". Na owocach układam delikatnie kruszonkę, aby nie zapadła się w miąższ owoców. Po upieczeniu będzie bowiem papkowata.
Dodatkowo kruszonkę, przed wstawieniem do piekarnika posypuję łyżką cukru.
Naczynie z owocami pokrytymi kruszonką wstawiam do piekarnika na (nadal 200°C) na 15-30 minut, aż kruszonka się przypiecze i przyrumieni. Podaję zazwyczaj na ciepło ze schłodzoną bitą śmietaną lub lodami.

sałatka z cukinii, kalafiora, pomidora, oliwek i sardynek

Sałatka jest z typu tych, co to zbierzemy wszystko co nam zostało w domu do spożycia i dopiero wtedy możemy wybrać się na zakupy.....Zawsze tak miałam, że nie wyrzucam jedzenia,  planuję co zjemy biorąc pod uwagę pory roku, zasoby spiżarni....i nasze preferencje smakowe! Nawet z resztek możemy wyczarować coś pysznego i chyba wtedy najczęściej staję się bardziej kreatywna w swoich poczynaniach kuchennych.
Dzisiejsza sałatka to trochę kalafiora, cukinia, kilka oliwek, pomidor i puszka sardynek....i tak oto powstała smaczna i niekłopotliwa kolacja. 
 Składniki: 
pół małego kalafiora
średnia cukinia
garstka oliwek czarnych
pomidor
puszka sardynek
łyżeczka masła
 
Wykonanie:
Kalafiora płuczę, dzielę na różyczki i gotuję do miękkości. Cukinię myję i kroję na pół centymetrowe plastry i smażę ją na łyżeczce masła do czasu, aż zmięknie. Pomidora sparzam wrzątkiem, obieram ze skórki i kroję na ćwiartki, a następnie na ósemki.
Ugotowane różyczki kalafiora odcedzam z wody.
W salaterce układam ugotowane różyczki kalafiora,  podsmażone plasterki cukinii, dodaję oliwki, cząstki pomidora i dodaj sardynki. Wszystko delikatni mieszam i podaję.
 

czwartek, 22 czerwca 2017

kompot z truskawek

Jako dziecko, nie przepadałam za kompotem....no cóż wtedy zawsze wolałam to czego nie wolno mi było. A czego nie wolno mi było ? wszelakich gazowanych napojów typu - coca cola, fanta, pespsi i innych wynalazków (bo chyba każde dzzicko tak ma, że to co zakazane i miarkowane smakuje najlepiej (czyż nie?). Choć po oryginalną coca colę raz na sto lat sięgnę....to już  nie ten smak co kiedyś (po prostu nie smakuje mi!). Chyba się starzeję...bo wolę od kilku lat to co domowe, proste i nie udziwnione!
Dziś przepis na domowy, smaczny i orzeźwiający kompot truskawkowy.
 
Składniki:
2 litry wody
2 szklanki truskawek
4 łyżki cukru
 
Wykonanie: Wodę gotuje z cukrem. Owoce przebieram, obieram z szypułek. Wkładam do syropu, gotuję chwilę. Gotowy kompot schładzam i rozlewam do kompotierek.
 
 
 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

tarta z porem i pieczarkami pod pierzynką z beszamelu i zółtego sera

Chciałam urozmaicić swój repertuar kulinarny o nowe dania, co za tym idzie poszerzyć nasz jadłospis o nowe smaki. Do tart miałam kilka podejść i zawsze konsumowałam je sama! O dziwo tym razem zjedliśmy całą tarte we dwoje...na kolację i kawałek został na drugie śniadanie. Teraz wiem, że poeksperymentuje w temacie wytrawnych tart......bo to jedno z niewielu potraw, które jest eleganckie, smaczne zarówno na ciepło jak i na zimno, łatwe do podzielenia i przewiezienia. Dziś nadzieniem tarty to por i pieczarki przykryte beszamelem i żółtym serem.
Muszę przyznać, że nawet lepiej smakowała drugiego dnia.
Składniki na kruche ciasto:
200g mąki pszennej
125 g zimnego masła
szczypta soli
szczypta cukru
łyżeczka ulubionych suszonych ziół (opcjonalnie)
 
składniki na farsz:
por (mój ważył 400 g)
500 g pieczarek
łyżka masła
 
składniki na sos beszamelowy:
40 g masła
2 łyżki mąki
250 g mleka
sól, czarny mielony pieprz i gałka muszkatołowa do smaku
 
ponadto: 150 g żółtego sera

Wykonanie:
Przygotowanie tarty zaczynam od przygotowania farszu. Pieczarki obieram i kroję w plasterki, wrzucam na patelnię, dodaję łyżkę masła i duszę do miękkości. Pora dokładnie płuczę, kroje na półplasterki i zalewam wrzątkiem na około 2 minuty.
Po 2 minutach odlewam wodę i odsączam pora na sicie. Dodaję go do podduszonych pieczarek. Duszę powstały farsz jeszcze przez chwilę, aby ewentualnie odparować go wodę z pieczarek lub pora. Farsz doprawiam solą i świeżo mielonym pieprzem. Odstawiam do przestudzenia, a w tym czasie przygotowuje sos beszamelowy i kruche ciasto na spód tarty. 

Przygotowanie sosu beszamelowego:
Do rondla wrzucam 40 g masła, topię je i stopniowo dodaję (ciągle mieszając 2 łyżki mąki). Mąka musi  wchłonęła masło, ale nie zmienić się w jedną wielką grudkę. Jeśli przesadzi się z mąką dodajemy odrobinę masła. Ciągle mieszając doprowadzam do tego, aby na patelni powstała swego rodzaju "pulchna pianka". Jeśli tak mam gaszę ogień pod patelnią i energicznie wlewam zimne mleko i całość rozprowadzam do jednolitej konsystencji trzepaczką lub widelcem.
Następnie zapalam mały płomień pod patelnią (doprawiam solą, pieprzem i gałką muszkatołową (świeżą lub mieloną). Wszystko to powoli ciągle mieszając gotuję, aż zgęstnieje. Ma powstać taki rozcieńczony budyń.
 
Przygotowanie kruchego ciasta:
Mąkę przesiewam do miski, dodaję zimne posiekane w kostkę masło i szybko zagniatam ciasto. Nie schładzam ciasta przed wylepieniem foremki do tarty (używam po prostu zimnego masła). Nie wałkuje ciasta, tylko rwę po kawałku  ciasto i wylepiam nim foremkę i równomiernie wydzielając sobie ciasto (żeby nie zabrakło na boki).

* przed wylepieniem ciastem foremkę do tarty  smaruję odrobiną masła.
Gdy mam już wylepioną ciastem foremkę, nakłuwam je widelcem i podpiekam w piekarniku nastawionym na 200 °C,uważam, aby się zbytnio nie zrumieniło.
Na podpieczony spód wykładam farsz, równo go rozprowadzając. To samo robię z sosem beszamelowym, wylewam go na farsz i równo go rozprowadzam. Na sos beszamelowy ścieram na tarce o grubych oczkach żółty ser.
Całą tartę zapiekam w 200°C około 40 minut, do czasu, aż jej wierzch się zarumieni i zetnie.
 
 
 
 

niedziela, 11 czerwca 2017

czekoladowy tort z kremem czekoladowym i owocami

Były urodziny, był oczywiści i tort. Urodziny nie moje...mojej połówki. Amator wszystkiego co czekoladowe, dostał tort którego bazą był kakaowy biszkopt przełożony kremem, który zrobiłam z serka mascarpone, śmietanki kremówki i gorzkiej czekolady. Tort zwieńczyłam czereśniami i truskawkami. Podsumowując: ze smaku i wyglądu byłam jak najbardziej zadowolona.
 
 Składniki:
domowy kakaowy biszkopt (piekłam z 8 jajek, więc przekroiłam go na 3 części)
 
na krem:
250 g serka mascarpone
około 300 ml śmietanki kremówki
100 g gorzkiej czekolady (kostkę czekolady zostawiłam, aby zetrzeć ją na tarce o bardzo drobnych oczkach, na wierzch tortu)
4 łyżki cukru (ja dodawałam stopniowo do kremu i mnie wystarczyły tylko 4 łyżki, jeśli ktoś lubi bardzo słodkie może dodać więcej cukru)
 
ponadto:
truskawki do środka tortu i do dekoracji (miałam około pół kilograma)
garstka czereśni do dekoracji tortu
szklanka soku pomarańczowego do nasączenia biszkoptu (ja wycisnęłam z 3 pomarańczy), można nasączyć biszkopt gorzką mocną czarną herbatą
 
Wykonanie:
Czekoladę rozpuściłam w kąpieli wodnej (do garnka wlałam wodę i ją zagotowałam, na garnek z gotującą wodą postawiłam miskę odpowiadającą średnicy garnka, połamałam do niej czekoladę i ją rozpuściłam). Miskę z rozpuszczoną czekoladą zestawiłam z garnka, zostawiłam dosłownie na chwilę do przestygnięcia. Schłodzoną śmietankę kremówkę, ubiłam na sztywno, dodaję do niej cukier, stopniowo dodaję serek mascarpone i rozpuszczoną czekoladę. Zmiksuję krem do połącznia się składników. Gotowy krem wstawiam do zamrażarki do schłodzenia się (żeby zgęstniał).
Truskawki do wykorzystania w środku tortu, kroję na plasterki.
Pierwszy blat biszkoptu kładę na paterę, nasączam go sokiem i smaruję kremem. Na pierwszej warstwie kremu układam plasterki truskawek.
Na pierwszy blat tortu pokryty kremem i truskawkami, kładę drugi i powtarzam czynności (nasączam biszkopt, smaruję go warstwą kremu, układam plasterki truskawek). Na koniec przykrywam wszystko ostatnim blatem biszkoptu, który również nasączam. Wierzch i boki tortu przykrywam kremem. Szpatułkę, którą nakładam na tort krem, co jakiś czas zwilżam w zimnej wodzie (po to aby krem się równo i ładnie rozsmarował).
Na koniec wkładam mój tort z paterą do zamrażalnika, aby się schłodził.
Przed podaniem na  wierzch ścieram kostkę czekolady na bardzo drobnych oczkach tarki i dekoruję jego wierzch pokrojonymi na cząstki truskawkami i czereśniami.
 
 
 
 
 

sobota, 10 czerwca 2017

biszkopt kakaowy na tort (jako baza tortu)

Mam w domu, amatora wszystkiego co zawiera czekoladę czy kakao. Nie mogło być więc inaczej, że tort upieczony na jego urodziny będzie czekoladowy. Oczywiście jako baza powstał kakaowy, najprostszy biszkopt. Ten biszkopt uda się nawet osobie, która zaczyna przygodę z gotowaniem, bo pieczenie jest naprawdę łatwe. 
 
Składniki:
150 g mąki pszennej
50 g kakao
8 jajek
250 g cukru pudru lub białego cukru
 
Wykonanie:
Oddzielam żółtka od białek. Żółtka ucieram z cukrem, aż masa zbieleje. Białka ubijam na sztywno. Na żółtka nakładam warstwami pianę i mąkę. Delikatnie mieszam ciasto  i wykładam do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Ciasto nie powinno sięgać wyżej niż do 2/3 wysokości formy. Piekę około 35 minut w temperaturze 180 °C.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

pascha wielkanocna z bakaliami

Pascha to deser wielkanocny, który wychodzi zawsze i przyrządza się go niezwykle łatwo. Nawet debiutująca gospodyni poradzi sobie z nim bez problemu. Jeśli lubicie desery gdzie bazą jest twaróg i lubicie bakalie to ten deser jest dla Was. Zapewniam, że jeśli przyrządzicie choć raz  paschę na pewno wejdzie ona do repertuaru waszych przepisów świątecznych.
Składniki:
500 g tłustego twarogu
1/4 szklanki śmietanki kremówki
4 żółtka
125 g cukru
100 g masła
po małej garstce: suszonej żurawiny, rodzynek, suszonej żurawiny
100 g blanszowanych migdałów
100 g orzechów włoskich
pomarańcza do dekoracji
 
Wykonanie:
Biały ser mielę dwukrotnie (jeśli nie kupiłam mielonego). Rodzynki, morele, żurawinę zalewam wrzątkiem, odstawiam aby zmiękły, następnie odsączam z nadmiaru wody.
Połowę migdałów i orzechy drobno siekam. Żółtka oddzielam od białek. Do żółtek dodaję cukier puder, masło i ucieram. Ciągle mieszając dodaję porcjami zmielony twaróg, śmietankę. Masę serową mieszam  z posiekanymi orzechami i migdałami, sparzonymi rodzynkami, żurawiną, morelami (morele dodatkowo siekam na mniejsze kawałki).
 
* kilka żurawin odkładam, aby nimi udekorować wierzch mojej paschy.
 
Miskę wykładam gazą. Przekładam gotową masę do miski i mocno dociskam. Zakrywam wierzch wystającymi kawałkami gazy i obciążam talerzykiem.
Odstawiam w chłodne miejsce na około 8 godzin.
Po tym czasie przekładam na talerz gotową paschę, dekoruj ją migdałami, żurawiną i połówkami plasterków pomarańczy.

jajka faszerowane pieczarkami


 Składniki:
10 jajek
2 łyżki majonezu
około 250 g pieczarek
łyżka masła
pęczek szczypiorku
świeżo mielony czarny pieprz  
sól
 
Wykonanie:
Jajka gotuje na twardo i obieram ze skorupek.
Pieczarki obieram i kroję w drobną kostkę. Wrzucam je na małą patelnie i duszę na łyżce masła do miękkości. Jajka kroję na połówki i wybieram żółtka. Żółtka przekładam do miski i rozcieram widelcem, dodaję podduszone pieczarki, posiekany szczypiorek i majonez. Mieszam zawartość miski w celu połączenia składników, na koniec doprawiam pieprzem i ewentualnie solą. Z powstałej masy lepię łyżeczką kulki i układam je w dziurkach białek jajek.
 

środa, 5 kwietnia 2017

"Robot i Frank" - film, który zasiał ferment w mojej głowie, opowiadający o tym jak będzie wyglądać nasz świat w niedalekiej przyszłości..... a może raczej dający do myślenia jak już ten świat się zmienia!!!

Pewnego dnia wolnego od pracy, po spacerze z psami.....napaleniu w mieszkaniu, bo jeszcze zimno było jak to w marcu! Nie mogliśmy dojść do porozumienia co do tematu filmu, który chcielibyśmy obejrzeć po kolacji, a interesowałby nas oboje. Często tak mamy sporty walki na ekranie mogę oglądać, to już strzelanin na ekranie nie znoszę (chyba, że film ma jakieś drugie dno). Ja bardzo często wolę psychologiczne smęty i historie, które inspirowane były tym co ludziom przyniosło życie.

Tym razem to ja miałam wybrać co obejrzymy. Często dziwnym trafem wybieram filmy, siejące niezły ferment w mojej głowie (tym razem film, który wybrałam szczególnie nie dawał mi przez dłuższy czas spokoju po jego obejrzeniu)!!! Dlaczego nie dawał mi spokoju i co w nim takiego było??? O tym będzie za chwilę.

Zanim zacznę pisać moje wrażenia po obejrzeniu filmu, napiszę tu jak opisywany jest ten film:
Nieodległa przyszłość. Frank, emerytowany włamywacz ma dwójkę dorosłych dzieci
uważających, że ojciec nie powinien mieszkać sam. Rozważają umieszczenie go w domu opieki, lecz syn Franka wpada na inny pomysł. Wbrew życzeniu ojca, kupuje mu chodzącego, mówiącego humanoidalnego robota zaprogramowanego, by dbać o zdrowie fizyczne i umysłowe starszego pana. To co następuje dalej przechodzi najśmielsze oczekiwania. "Robot & Frank" to pogodna, pełna humoru i jednocześnie wzruszająca opowieść o tym, że przyjaciół i rodzinę można znaleźć w najmniej spodziewanych miejscach.

W tym filmie syn chcąc zatroszczyć się o swojego ojca mającego problemy z pamięcią zamiast umieszczać go w Instytucie mózgu przywozi mu humanoidalnego robota (model KAMERDYNER), aby ów robot troszczył się o niego. Z początku ojciec jest przeciwny i buntuje się, twierdząc, że nie potrzebuje mechanicznej niańki.  Bunt jednak szybko ustaje i Frank przyzwyczaja się do robota. Robot gotuje sprząta, uprawia ogródek , z Frankiem spacerują, rozmawiają, mają nawet wspólny sekret....
Pewnego dnia zjawia się z odwiedzinami  u ojca jego postrzelona córka i unieruchamia robota (na czas jej pobytu u ojca).....bo przecież nie można wysługiwać się maszyną. Frank jednak tak przyzwyczaił się do maszyny, że chce  ponownego włączenia robota i jest zły na córkę.
Po kilku dniach bez robota zaczyna panować w domu bałagan, a dania córki okazują  się mało smaczne...w porównaniu z tym co przygotowywał robot.

 Na pewno zgodzę się, że to co się dzieje w filmie to co jest w nim przedstawione to nieodległa przyszłość. Ale czy taka nieodległa? Wiele rzeczy dzieje się na naszych oczach i widzimy coś, ale czy zdajemy sobie z nich sprawę, z konsekwencji, jakie one przynoszą. Roboty i maszyny zastępują już przecież człowieka (w niektórych wielkich marketach są już kasy fiskalne, które klient obsługuje sam: klient kontra maszyna, zamiast klient kontra sprzedawca. Gnębi mnie wiele problemów współczesnego świata: cieszy mnie postęp w wielu dziedzinach, ale dla mnie zawsze jest jakieś, ale....
Jestem ciekawa do jakiego stopnia, roboty i maszyny zastąpią człowieka, przecież zmiany i odkrycia w różnych dziedzinach dzieją się na naszych oczach. Mam świadomość tego, że postęp, którego jesteśmy świadkami nie jest zawsze korzystny dla ludzkości.
O ile zaakceptowałabym roboty, które pracowałby w takich miejscach jak szyby kopalniane czy tereny wysokogórskie. Człowiek pracując w takich miejscach jest narażony na utratę swojego życia czy zdrowia ratując często innych lub po prostu wykonując swój zawód.
To już chyba nie potrafię zaakceptować sytuacji gdzie roboty miałby zastąpić relacje międzyludzkie (tak jak Frankiem miał się zająć robot, a który miał dwoje dzieci -  włócząca się po świecie  zakręcona córka i syn zapracowany biznesmen).
Tak miałoby być w przyszłości, będą nam dzieci nabywać roboty, aby się nami zajmowały i nie będziemy się w ich towarzystwie czuli osamotnieni. A jeśli dopadnie nas starcza demencja to nawet nie będziemy wiedzieć w czyim towarzystwie przebywamy (robota?, a może człowieka?).

Cóż, pisząc tą notkę.....zastanawiam się......jeśli po przyjeździe do Franka córki i kiedy robot został wyłączony (córce nie bardzo było po drodze ze sprzątaniem, a obiad ugotowała gorszy od niego....
Czy w przyszłości w każdym domu będzie taka mechaniczna gosposia....... Ludzi nabywali i nabywają do swoich gospodarstw pralki, zmywarki........to idąc tym tropem ułatwimy sobie życie i  w przyszłości roboty gosposie domowe pojawią się w naszych domach i będą standardem ??? Wielu rzeczy przecież obecnie nie robimy z lenistwa, zasłaniając się brakiem czasu !!!!! Wyobrażacie sobie te reklamy "Robot gosposia: wyręczy cię w każdej czynności w domu: ugotuje, posprząta, obsłuży. Jedyny w swoim rodzaju....." Czyż nie brzmiałoby to kusząco???
Tak się zastanawiam i jestem pewna, że niewielu pewnie dałoby radę współcześnie zrobić pranie z całego przykładowo tygodnia ręcznie (aby było dokładnie uprane, gdzie byłoby nieodwirowane i dłużej schło...). Nie wspominając tu o praniu w ten sposób bielizny pościelowej itd. Tak sobie myślę wielu miałoby problem współcześnie z praniem bez pralki automatycznej.......to w przyszłości wielu będzie miało z włożeniem prania do pralki i jej włączeniem...... Ręce zastąpiła pralka, ręce segregujące i wkładające pranie do pralki zastąpi robot??? Wracasz do domu i widzisz, że wszystko za Ciebie zrobił robot!!!!, a w Twojej pracy też zastąpiono Cię robotem...... Wyobrażasz sobie takie życie???
A gdy robot się zepsuje, bo nie jest stworzony z całkiem trwałych surowców....
Przecież współczesne kobiety prowadzące domy umieją coraz mniej niż ich matki czy babki. Czy, aby dorównać w przyszłości robotom będziemy wstrzykiwać sobie czipy?
Dalej rozmyślając nad robotami w naszym życiu w przyszłości: A jeśli w przyszłości dojdzie do tego, że nie będziemy wiedzieli czy osoba z którą rozmawiamy jest tak naprawdę - prawdziwym człowiekiem!!!!!!!
Przecież medycyna jest w stanie stworzyć sztuczne narządy wewnętrzne człowieka, które zastępują z powodzeniem te ludzkie jak np. sztuczne serce.  Jeśli jesteśmy w stanie wytworzyć sztuczne serce.......to jednym z kolejnych organów, które stworzymy będzie MÓZG.
Stworzony przez człowieka mózg........umożliwiłoby nadanie robotom ludzkiego charakteru....a może i odczuwałby one ludzkie emocje.

Czytuję przed obejrzeniem danego filmu zarys fabuły, aby wiedzieć co będę oglądać i o czym. 
O "Robocie i Franku" przeczytałam, że to kino proste i przyjemne, film w którym nie będziemy zmuszeni do refleksji.....że reżyser skupia się jedyni na opowiedzeniu ciekawej historii oraz, że nie przesadza w ingerowanie zbytnio w świat fantastyki naukowej!!!!
Czasem czytając o danym filmie czy książce to co ktoś napisał i zastanawiam się czy ten ktoś z uwagą zapoznał się z tym o czym pisze. Może ten film to kino łatwe i przyjemne (bo Frank i robot zaskakują widza nie raz zabawnymi ripostami  podczas swoich dialogów).
Na pewno jednak nie stwierdzę, że film to zabawna historyjka. Dla mnie to film, który dał mi powody do zastanowienia  się jak będzie wyglądać nasz świat w przyszłości.
Podsumowując :nie wyobrażam sobie, abym koegzystowała będąc w podeszłym wieku z robotem, który zastąpi mi bliskich!

niedziela, 26 marca 2017

pieczarki panierowane / panierowane i smażone kapelusze pieczarek

Ciągle szukam alternatyw dla dań mięsnych (w mojej kuchni mięso gości coraz rzadziej). Przyczyny?! Świadomość tego skąd pochodzi większość produktów mięsnych, które możemy nabyć. W głównej mierze rozchodzi mi się o to jak żywione  i traktowane są zwierzęta. Daleko mi do konsumpcjonizmu, uważam że jedzenie jest po to, aby dostarczyć organizmowi energii i siły do działania, a nie po to aby się obżerać i je marnować.

Dziś jeden z dodatków do obiadu,  które przygotowuje jeśli dostanę duże pieczarki.  Małe również można przygotować w tez sposób, ja jednak wolę duże bo imitują mi kotlety schabowe. Wychowałam się na niedzielnych schabowych - teraz przynajmniej czasami taki zamiennik ląduje na moim talerzu.
Jeśli pieczarki mamy świeże i szczelnie opanierowane - wychodzą wilgotne i miękkie w środku z chrupiącą panierką na zewnątrz.

Składniki:
kilka dużych kapeluszy pieczarkowych (ja miałam 6)
3 jajka wiejskie (ja miałam mniejsze)
około szklanki bułki tartej - bułki wedle uznania, w zależności jak grubą panierę lubimy
sól
papryka ostra w proszku
olej do smażenia

Wykonanie:
Pieczarki myję pod bieżącą wodą. Osuszam i solę oraz posypuję ostrą papryką w proszku. Do jednej miski wsypuję bułkę tartą, w drugiej roztrzepuję widelcem jajka. Obtaczam pieczarki najpierw w jajku, a później w bułce tartej. Wrzucam opanierowane kapelusze na rozgrzany na patelni olej. Smażę pieczarkowe kapelusze z obu stron, aż panierka będzie miała złoty kolor. Oczywiście uważam, aby nie przypalić panierki.

Smaży pieczarkowe kapelusze tak, aby były miękkie i wilgotne w środku i uważamy, aby nie przypalić panierki na zewnątrz.

* do bułki w której panierujemy pieczarki, możemy dodać ulubione zioła.

sobota, 25 marca 2017

zupa krem z brokuła podana z duszonymi pieczarkami i prażonymi orzechami włoskimi

 Zupy kremy obok tradycyjnych zup goszczą w mojej kuchni bardzo często. Marchewkowa,  grochowa, czosnkowa, kukurydziana czy brokułowa. Takie zupy to dla mnie wybawienie, jeśli obiad ma natychmiastowo wylądować na talerzu. Takie zupy podaję z różnymi dodatkami, dzisiejsza brokułowa została podana z pieczarkami poduszonymi na maśle i orzechami włoskimi. Jak dla mnie dodatki do zupy były idealnie skomponowane - nie tylko pod względem smaku, ale i jako zbilansowany posiłek, dostarczający wszystkiego czego nasz organizm potrzebuje.
 
Nasza dieta powinna być zbilansowana i racjonalna, u mnie goszczą różne produkty spożywcze w tym i brokuły (nie tylko gotowane), ale i w postaci właśnie zup. Dziś przepis na jedną z nich.
 
 Co zawierają brokuły, że warto je konsumować?
Brokuły podobno zawierają  składniki pomagające organizmowi radzić sobie z substancjami potencjalnie rakotwórczymi. Zawierają też na dobrym poziomie, wiele innych substancji odżywczych czyli solidną porcje błonnika pokarmowego, przyjazną kością witaminę K, antyutleniającą witaminę C, chroniące oczy karotenoidy: luteinę, zeaksantynę.
Składniki:
2 brokuły (każdy miał u mnie 500g)
3 większe ziemniaki
duża cebula
sól
ostra papryka w proszku
garstka orzechów włoskich
kilka pieczarek
3 łyżki masła
 
Wykonanie:
Brokuły płuczę dzielę na kawałki. Trzonki każdego obieram z grubszej wierzchniej warstwy. Ziemniaki obieram, płuczę i kroję w kostkę. Cebulę obieram i siekam w kostkę. Warzywa układam w garnku, zalewam wodą (wody tyle, aby przykryła warzywa). Dodaję do garnka dwie łyżki masła i solę do smaku. Gotuję wszystko do miękkości około 20minut. W tym czasie podprażam na suchej patelni posiekane orzechy włoskie. Następnie obieram pieczarki, kroję w plasterki i duszę je na patelni na łyżce masła do miękkości. Ugotowane warzywa miksuje w blendrze na gładką i jednolitą masę.
Rozlewam zupę na talerze, dekoruję ją podprażonymi orzechami włoskimi i podduszonymi pieczarkami. Na koniec wierzch zupy posypuję ostrą papryką w proszku.
 
*przed blendowaniem zupy możemy odłożyć kilka kawałków ugotowanych różyczek brokuła do dekoracji zupy.

 

 

czwartek, 23 marca 2017

"Apetyt" Phillipa Kazana - czyli powieść nie tylko o człowieku obdarzonym geniuszm kulinarnym, ale i o walce o swoje marzenia i uczucia!!!

"Apetyt" to książka, którą osoby lubiące gotować, gotujące czy takie ,które fascynuje gotowanie powinny przeczytać (choć nie tylko one bo lektura tej książki może pobudzić naszą wyobraźnię :) Jednak jeśli chodzi o mnie ta książka, niczym mnie nie zaskoczyła, w zachwyt też nie wpadałam.........jednak była to lektura, przy której miło spędziłam czas..... choć miałam kilka takich momentów, że chciałam książkę odłożyć, bo opisy miejsc i ludzi  spowalniały mi narrację.....domyślałam się miejscami co się wydarzy....ale  były miejsca, że opisy mi się podobały i chłonęłam wtedy każde słowo.
Co do "Apetytu" kilka lat temu byłabym tą książką zachwycona (teraz kiedy już coś widziałam czytałam) w zachwyty wpadam coraz rzadziej! Napiszę jednak, że ta książka w swoim gatunku to bardzo dobra powieść.
Powieść oryginalna bo głównemu bohaterowi zostały nadane cechy raczej niespotykane w literaturze - jest wrażliwy na smaki i zapachy, co poczyniło go osobnikiem o niezwykle bujnej wyobraźni. Plus dla autora książki, że tak zgrabnie udało mu się połączyć w książce wątki historyczne, z powieścią obyczajową i wpleść w to wszystko jeszcze tematykę kulinarną. Ale co do tej tematyki kulinarnej nic zaskakującego, bo Philip Kazan w swoje doświadczenie życiowe wpisane ma takie profesje jak krytyk kulinarny czy właściciel restauracji. Dodatkowo autor w książce zgrabnie połączył proporcje czyli pasję , miłość czy sztukę - czytając nie miałam przesytu, że czegoś jest za dużo. Ciekawie zostały wplecione w fabułę historyczne postaci, które były znaczące dla włoskiego renesansu m.in.Leonardo da Vinci, Sandro Boticelli, Medyceusze czy rodzina Borgiów.
Fabuła książki nie jest jakaś wymyślna....bo jak wielu książkach (tak i w tej książce) bohater przeżywa nieszczęśliwą (choć odwzajemnioną miłość) i to ona daje mu chęci do życia, staje się motorem jego życia.
Główny bohater książki młody niezbyt bogaty florentyńczyk (syn rzeźnika) o imieniu Nino zakochuje się w swojej przyjaciółce Tessinie z okresu dzieciństwa. Jednak jak to w życiu i na kartach książek bywa, nie jest im dane bycie razem. Przeszkodą staje się leciwy baron z którym rodzina Tessiny postanawia ją zaręczyć. Później mamy kilka przypadkowych spotkań i potajemnych schadzek i to wszystko na co może pozwolić sobie para zakochanych. Los oboju nie sprzyja, a po fortelu w który został wplątany Nino, zmuszony jest uciekać z Florencji.
Ucieczka Nina z Florencji daje zaczątek przygód, które zaprowadzą go, aż do kuchni samego papieża.

 
Jednym z motywów, rzeczy opisanych w książce, które są stare jak świat  to namiętności, które zazwyczaj targają ludźmi i to prowadzi ich do sukcesu, albo porażki. Namiętności, które stały za Ninem doprowadziły go do sukcesu (choć nie od razu). Pierwsze zrodziły się po śmierci matki, kolejne z niemożności zaspokojenia uczucia do Tessiny (miłości jego życia). Nino zatracał swoje smutki w gotowaniu. Ciekawie według mnie było opisane w książce szukanie przez głównego bohatera smaku idealnego. Czasem poczynania kuchenne Nina wywoływały uśmiech na mojej twarzy - miałam wrażenie, że ta jego pasja gotowania trąci, zakrawa na całkowitą obsesję na punkcie łączenia, mieszania i próbowania wszelkich dostępnych produktów spożywczych. Sam Nino na kartach powieści powiedział o swoim gotowaniu: "Niektóre potrawy wychodziły mi dobrze, innych nie przełknął by nikt poza mną. Wyrzucając kolejne dania z rzędu, Carenza straciła do mnie cierpliwości i zabroniła mi wchodzić do kuchni. Wówczas kompletnie odechciało mi się jeść, zacząłem kosztować rzeczy , których nikt inny by nie jadł: żelazną zasuwę w oknie, lakier na ramie łóżka, pajęczyny". Innym razem Nino spróbował jak smakuje śmierć: "W pokoju unosił się zapach potu, lawendy, tymianku i nocnika: gdy ksiądz pchnął mnie lekko w stronę ciała, a ja ukląkłem przy łóżku, ująłem jej palce, które zdążyły już ostygnąć i podniosłem je niechętnie do ust, jej skóra pachniała dokładnie tym samym. Dotknąłem wargami żył wybrzuszających grzbiet jej dłoni i zrobiłem to co zawsze: polizałem i posmakowałem skóry".
Ja znalazłam w postaci Nina bratnią duszę i podobieństwo do siebie. Sama czasem mam zapędy, aby mieszać w kuchni wszystko z wszystkim, ale się powstrzymuje bo o ile ja bym skonsumowała efekt końcowy moich poczynań kuchennych, o tyle moi współbiesiadnicy niekoniecznie.  Ciekawi mnie smak bardzo wielu rzeczy, jeśli nie spróbuję czegoś to przynajmniej jestem ciekawa zapachu.....przedmiotu, rzeczy czy miejsca....
Większość ludzi nie zastanawia się nad tym jak dana rzecz smakuje.....na pewno jednak nie wielu to robi (przyglądając się poczynaniom kulinarnym głównego bohatera, na pewno zastanowimy się jeśli tego wcześniej nie robiliśmy, że wszystko ma swój niepowtarzalny i wyjątkowy smak - pieczeń, owoce, przyprawy. Nino, nasz wirtuoz kulinarny powieści twierdzi, że cegły, pajęczyny czy śmierć mają swój smak, a raczej, że śmierć go akurat nie ma.....Ja jednak nie zachęcam do takich eksperymentów!!!
Przy czytaniu książki nachodziły mnie refleksje -czym jest dla większości gotowanie? Doszłam do wniosku, że dla większości jest czynnością przyziemną starą jak świat (trzeba jeść by żyć i funkcjonować). To, że coś już jest smaczne to już sprawa drugorzędna, choć w czasach konsumpcjonizmu niekoniecznie. Dla bohatera książki gotowanie było sztuką. Dla mnie gotowanie poniekąd jest sztuką, bo podanie na stół jakiegokolwiek dania, które będzie perfekcyjnie i własnoręcznie ugotowane jest na pewno sztuką!!!!
 
Opis z tyłu okładki głosi "W XV -wiecznej Florencji, mieście zmysłów każdy jest artystą. Młody Leonardo Da Vinci uczy się mieszania pigmentów, a Nino Latini łączy cynamon, pieprz, gałkę muszkatołową i wanilię....." Cóż pod takim kątem nigdy nie patrzyłam na malarstwo i kulinaria. Czasem zabierając się za książki innego gatunku, niż preferujmy, możemy spojrzeć na coś zupełnie inaczej niż dotychczas. Chyba na tym polega magia czytania.
 
 Często czytając daną książkę utożsamiam się z bohaterami, z niektórymi się identyfikuje, jedni budzą moją sympatię inni po prostu denerwują (często nie ważne czy dana książka to fikcja literacka czy prawdziwe wydarzenia). Z każdej czytanej książki staram się coś wynieść czy zapamiętać.
Poniżej jeden z wielu fragmentów "Apetytu", który dał mi do myślenia:
"Mama obserwowała mnie, zawsze stojąc na progu. Zganiła mnie za to, że spróbowałem środka do czyszczenia miedzi, lecz przeważnie pozwalała mi robić to na co miałam ochotę, pod warunkiem, że nie było to nic szczególnie szalonego ani niebezpiecznego....."
Co mnie skłoniło do refleksji, kiedy czytałam ten fragment w książce ? Sama nie mam dzieci, ale jeśli bym je miała postępowałabym tak jak matka głównego bohatera wychowując swoje pociechy. Sama byłam przecież dzieckiem i wiem ile bym dała, aby móc robić daną rzecz (która mi w żaden sposób nie szkodziła, tym bardziej nikomu wokół. Za to często nie tyle przez rodziców, ale przez osoby w mojej rodzinie byłam ganiona (wpajano mi, że tego czy tamtego się nie robi, albo czegoś w dany sposób się nie robi - a często robienie danej czynności czy wykonywanie czegoś nie wpływało na efekt końcowy. Tak jak w matematyce jedno zadanie, kilka sposobów jego wykonania i wynik ten sam.
 
Co dała mi ta książka, czego mnie nauczyła, co z niej wyniosłam?  Powieść ta to nie tylko opowieść o człowieku obdarzonym nieprzeciętnym geniuszem kulinarnym, ale opowieścią o walce o własne marzenia i uczucia. Wiem na pewno, że aby wygrać jedno i drugie w życiu trzeba być prawdziwym szczęściarzem. Jednak niczego zazwyczaj nie dostajemy za darmo - ja czytając tę książkę po raz kolejny przekonałam się, że determinacją i ciężką pracą możemy osiągnąć wszystko.
 
Co mnie ujęło w książce? Po raz kolejny tym razem czytając właśnie "Apetyt" ,przekonywałam się, że na świat należy patrzeć przez pryzmat ulotnych chwil, których na co dzień nie dostrzegamy. Poza tym podobał mi się sposób w jaki autor w książce pisze o tym, że dania pachną domem do którego wracamy, że potrawy smakują w zależności w jakim stanie ducha się znajdujmy, przywołują miejsca w których byliśmy czy zależą od tego ile serca włożyliśmy w przygotowanie posiłku.

Poniżej kilka fragmentów z "Apetytu", które są kwintesencją tego od czego zależy dobre jedzenie i z czym nam się ono kojarzy, jak przywołuje ono wspomnienia:
*"Było to danie, które gotowała Carenza......, Pachniało domem i szczęśliwym powrotem do domu z długiej podróży.....";
 
*"...bo to jak coś smakuje, zależy od naszego stanu ducha.....wszystko jest relatywne i zależne od naszych zmiennych predyspozycji, nieskończenie zróżnicowane";
 
*"Wszystko pyszne szczere i proste. Nie dbając o humory zjadłem rybę, wysysając każdą ość, i popiłem gęstym pikantnym wiejskim czerwonym winem z okolicznych gór. Czułem na języku smak miasta i okolic: ryba pływa w rzece, która przecięła mi drogę, oliwki rosły dwa kroki stąd, świnia ryła w lesie, przez który przejeżdżałem, a orzechy obwąchiwanych przez nią pinii zdobiły kiełbaski z jej mięsa. Jadłem esencję tej ziemi. Miasto pozostanie dla mnie na zawsze bezimienne, lecz nawet teraz potrafię, lecz nawet teraz potrafię odtworzyć je we wspomnieniach, bowiem nie zapomniałem żadnego z jego smaków",
*"Tysiące razy przyprawiałem mięso w ten sposób. Lecz teraz poczułem coś więcej. Duszę. Coś co wprawia naszą duszę w ruch i czyni nas żywymi istotami."

Czego nie lubię gdy promuje się daną książkę?
Nie lubię na okładkach książek rekomendacji znanych osób, często takie książki mnie odstraszają......ale często przed kupnem książki czytam w księgarni fragmenty i dopiero decyduję. Nie znoszę także porównań nowości wydawniczych do klasyki literatury. Porównanie "Apetytu" do "Pachnidła"?! - hm pierwszą z nich czytałam z przerwami, dla drugiej dawno temu zarwałam noc. Dla mnie jest różnica, ale są różne gusta czytelnicze.
Choć muszę przyznać, że do mnie opisy w "Apetycie" związane z zapachami i zmysłem węchu przemawiały i miałam czasem wrażenie, że znalazłam się w samym centrum XV wiecznej Florencji np. "Nie czułem zapachu kadzidła, które na pewno gdzieś tam było, ani drobinek brudu: kościelnego kurzu, zanieczyszczeń, które pozostawiali po sobie ci wszyscy wierni, te wszystkie złote płaszcze i drewniane trumny, ten cały wosk spływający ze świeczek, ta cała nadzieja..... "
lub
"Szlak, który obrałem, powinien prowadzić wśród kurtyn zapachu i smrodu: kształtna radość świeżo upieczonego chleba, kosz pełen lilii niesionych do kościoła, natarczywy smród brudnych dziecięcych pieluch, rozdeptane główki czosnku, rozżarzone węgle, pachy, ekskrementy mężczyzn kobiet, psów, kotów, gołębi, szczurów, nietoperzy i much tworzące jeden zwarty gnój, świeża śliska ryba o ostrym zapachu, rozgrzane cebule olej i słonina, wyrazista woń dwóch ciał złączonych w mozolnym akcie, niesiona przez mężczyzn wracających do domu z burdeli...."
 
 Podsumowując - "Apetyt" jak na książkę z wątkami historyczno - kulinarnymi na pewno warta uwagi. Choć to nie jest ambitna pozycja, mnie miło się ją czytało. Polecam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...