sobota, 11 czerwca 2016

Bieszczady w czerwcu.....migawki



Udało nam się wyrwać na trzy dni (w tym powrót dnia trzeciego) w Bieszczady! Mieliśmy wyjechać w niedzielę skoro świt, jednak wyjechaliśmy na wariata w sobotę późnym popołudniem. Nawet  to 6 godzin w samochodzie minęło szybko! 


A oto i  nasze zoo, na miejscu. Niektórzy jego członkowie zadowoleni ( zwłaszcza z pogryzienia siedzenia w samochodzie) , inni natomiast padnięci.

Decyzja o sobotnim wyjeździe była trafiona (gdyż w niedzielę po obiedzie)  zdążyliśmy zrobić sobie małą wycieczkę. Przewodnikiem naszej krótkiej wycieczki była ciocia Ania i jej córki Marta i Asia.
 
Jednym z punktów wycieczki była cerkiew w Smolniku (o której postaram się napisać w jednym z kolejnych wpisów).
Obiekt ciekawy i warty zobaczenia.



Bydło rogate na bieszczadzkiej łące.

Gdzieś po drodze w lesie.
Gdy tylko moje oczy widzą takie wraki samochodowe, nadszarpnięte zębem czasu, od razu moja wyobraźnia  zaczyna pracować, boć moja dusza w głębi serca zawsze była żądna przygód.
 
 O Bieszczadach nie wiem prawie nic! Nawet nie wiedziałam, że wypala się tam węgiel drzewny. Teraz już wiem.
Na pewno chciałabym podpatrzeć węglarzy i popracować przy wypale węgla drzewnego.
 
Sam proces wypalania węgla jest ciekawy. Obecnie węgiel wypala się w retortach (zdjęcie retorty poniżej). Wyczytałam, że węgiel wypalony w retorcie jest gotowy następnego dnia.
 
 
A jeszcze do lat 70 XX wieku, węgiel wypalano w mielerzach.
Poniżej zdjęcie stosu drewna ułożonego w mielerz. Układanie takiego stosu trwało kilka dni, w zależności od wielkości mielerza.
A właściwe wypalanie trwało od 7 do 10 dni.
O wypalaniu węgla, całym procesie i węglarzach chcę poświęcić osobny post!
 
Jeszcze jednym punktem wycieczki była pokazowa zagroda żubrów. Żubry widziałam chyba pierwszy raz. Szkoda, że w zagrodzie. Ja chciałabym zobaczyć je w stanie dzikim. Choć podobno nie jest to takie łatwe.
O bieszczadzkich żubrach też mam zamiar napisać osobno.
 




Kolejnym punktem wycieczki była bacówka, gdzie nabyliśmy krowi wędzony ser. Kilogram takiego sera kosztował 40 zł.


Nasz ser miał prawie 1,6 kg za który zapłaciliśmy 64 zł. Próby targowania nie powiodły się. Pani góralka nie chciała spuścić z ceny, nawet samej końcówki.
Cóż stwierdziliśmy, że chyba rodowici górale tak mają, a zwłaszcza kobiety gór.
W bacówce można było  kupić wędzone oscypki (chyba 35 zł sztuka), ser feta i miód.


 
 
 Widoki spotkane po drodze .
 
Kapliczka Szczęśliwego Powrotu w Polankach. Od cioci usłyszeliśmy jedną legendę z nią związaną. Ja znalazłam kilka jeszcze innych legend i poświęcę tej kapliczce osobny wpis)!
 
 Wiosna w Bieszczadach w pełni, a oto i bociek w gnieździe spotkany po drodze. Mój Pan stwierdził, że bociek jest sztuczny, bo stoi nieruchomo . Ale zaręczam, że bociek był żywy .
 
 
Znalezisko u cioci Ani na strychu!  Nasze miny po pobycie u cioci Ani są takie same jak tego pluszowego Shreka na załączonych fotografiach.

 
 Poniżej figurki wyrzeźbione przez wuja Zdzisława (męża cioci Ani).

 
Nasze zoo, w drodze powrotnej .
 
Znów było za krótko! Widoki z okna samochodu w drodze powrotnej.

 
Dziś były tylko migawki, jak napisałam poświęcę kilka osobnych postów na temat tego co widziałam.
Po tym pobycie w Bieszczadach, wiem czemu chciałabym poświęcić więcej czasu wracając w nie następnym razem.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...