poniedziałek, 28 grudnia 2015

pani walewska (pychotka) - ciasto czyli retro pieczenie

Kiedyś nie było blogów kulinarnych, a ciasta w domach piekło się praktycznie takie same. Przepis na moją Panią Walewską dostałam od mojej cioci, trochę sobie go zmodyfikowałam.

Dla mnie to ciasto jest smaczne, ciężkie takie idealne na zimę. Widziałam przepisy gdzie przekłada się go powidłami śliwkowymi, ale według mnie kwaskowaty dżem porzeczkowy jest tu idealny, świetnie przełamuje słodycz ciasta.
W przepisie, który ja dostałam są orzechy włoskie, tym razem piekąc to ciasto dla odmiany użyłam płatków migdałowych.
  Piekłam ciasta  na zamówienie przed świętami (jedno było konkretnie określone co to ma być, a drugie wybór należał do mnie, padło na Panią Walewską), podobno smakowało.

Ciasto nie wygląda na zdjęciu idealnie, bo się dobrze nie schłodziło. Ale dla mnie to mało istoty szczegół.
Zawsze dla mnie najważniejsze jest to, że coś jest smaczne i domowe.  Przeważnie nie wszystko od razu wychodzi perfekcyjnie, do perfekcji się dochodzi w miarę systematycznego wykonywania danej czynności.
A to ciasto nie jest z tych często przeze mnie pieczonych, sama piekłam go dopiero drugi raz.


Warstwy ciasta:
* KRUCHE CIASTO + DŻEM PORZECZKOWY + BEZA + ORZECHY (i inne bakalie, u mnie tym razem płatki migdałowe),
* MASA BUDYNIOWA
* KRUCHE CIASTO + DŻEM PORZECZKOWY + BEZA + ORZECHY (i inne bakalie, u mnie tym razem płatki migdałowe),

Piecze się dwie części tego ciasta, a środek przekłada masą budyniową). Widziałam nawet trzy warstwy tego ciasta!.
Można go upiec w tortownicy. Wszystko zależy od inwencji twórczej wykonującego.

Składniki na kruche ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
pół szklanki cukru pudru (ja dałam  drobny kryształ)
200 g masła (o zawartości tłuszczu minimum 82%)
4 żółtka (jajka oczywiście z wolnego wybiegu)
2 łyżki kwaśnej śmietany

Wszystkie składniki na kruche ciasto wyrabiam. Powstałe ciasto lepię w kulkę i dzielę na dwie części.

Składniki na bezę:
4 białka (można wykorzystać 6 bo do masy budyniowej używa się 2 żółtek)!
1,5 szklanki drobnego cukru lub cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej

Białka ubijam na sztywną pianę. W następnej kolejności dodaję stopniowo (to jest ważna czynność) małymi partiami cukier puder. Na koniec dodaję mąkę ziemniaczaną i wszystko delikatnie mieszam.

Dodatkowo do ciasta:
około 400 - 450 g kwaskowatego dżemu z czarnej porzeczki (najlepiej domowej roboty)
około 200 g płatków migdałowych lub posiekanych orzechów włoskich

Wykonanie: Foremki wykładam papierem do pieczenia. Spód każdej wykładam kruchym ciastem. Na każdym kruchym cieście rozsmarowuje dżem porzeczkowy. Na jedno i drugie kruche ciasto, posmarowane uprzednio dżemem wykładam bezę i każdą posypuje płatkami migdałowymi.

Piekę około 40 minut w 175 °C (do czasu, aż kruche ciasto i beza się upiecze).

Upieczone placki studzę.

UWAGA! Ja mam dwie takie same foremki o takich samych wymiarach, do wypiekania ciast przekładanych.
Jeśli mamy jedną foremkę, lub za mały piekarnik radziłabym drugą bezę ubijać chwilę przed włożeniem drugiej warstwy ciasta do piekarnika.

MASA BUDYNIOWA:
0,5 litra mleka
3 łyżki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 żółtka
3łyżki cukru
200 g masła

Szklankę mleka gotuje z cukrem. Drugą szklankę mleka miksuję z żółtkami i mąkami. Gdy mleko z cukrem zagotuje się dolewam do niego mleko wymieszane z mąkami i żółtkami. Mieszam w rondlu trzepaczką, aż masa zgęstnieje i powstanie budyń. Budyń studzę.
Miękkie masło ucieram mikserem na puch i następnie dodaję ostudzony budyń partiami (po łyżce). Cały czas oczywiście miksuje, ma powstać gładka i jednolita konsystencja.
Gotowe przestudzone placki, przekładam gotową masą budyniową.

Ciasto nalży schłodzić, żeby masa budyniowa dobrze się związała, a kruche ciasto skruszało.

piątek, 25 grudnia 2015

najpiękniejsze chwile są ulotne i nie kosztują nic.......

 Dziś obudziłam się ze świtaniem wyjrzałam przez okno i ujrzałam piękne chmury. Ubrałam ciepły sweter, zaparzyłam kubek kawy i stanęłam na ganku mojej kamiennicy po to, aby  popatrzeć na momentalnie zmieniające się niebo.

Chmury na niebie zmieniały się dosłownie w jednej chwili, w jednym momencie......zdążyłam uchwycić te ulotne chwile....

Z wiekiem mam coraz większą nostalgię za tym co było. Kiedyś ludzie mieli mniej i byli inni, mam takie wrażenie, że lepsi.
 A dziś większość zepsuta przez czasy, które nadeszły.
Tak jak piękne i ulotne było dzisiejsze niebo, takie jest nasze życie. A my w dzisiejszych czasach za czymś ciągle gonimy, zamartwiamy się i przejmujemy głupotami, kupujemy wszystko co modne, na topie. A czy tak naprawdę to wszystko jest nam potrzebne, żebyśmy byli szczęśliwsi.

Rozmyślam ostatnio nad życiem i dochodzę do wniosku, że tylu smutnych, zgorzkniałych, depresyjnych , narzekających na życie ludzi można spotkać wokół...... ja uciekam po prostu od nich....

 Dla mnie życie składa się z  drobnostek.
Wstając codziennie rano zastanawiam się co mi będzie jeszcze w życiu dane:
ile takich wschodów słońca zobaczę?
ile razy moje policzki będzie smagać mróz, a słońce je grzać?
ile filiżanek kawy czy herbaty zdążę jeszcze wypić i z kim?
ile fajnych książek przeczytam? i filmów zobaczę?
ile ścieżek zdążę jeszcze wydeptać ?

Mam nadzieję, że tych pięknych i ulotnych chwil w moim życiu będzie jeszcze wiele, bo to co piękne nie kosztuje nic i jest na wyciągnięcie ręki. 
 

 



 

czwartek, 24 grudnia 2015

wieczerza wigilijna w moim domu

Zastanawiałam się czy pisać o wieczerzy wigilijnej w moim domu. Doszłam do wniosku, że czemu by nie. My spędzamy Wigilię zazwyczaj we dwoje. Staram się tworzyć swoją tradycję i swoje zwyczaje związane z tym dniem. Na naszym stole jest skromnie i wszystkiego jest niewiele.
Nie rozumiem tekstów w radiu, telewizji , w sieci " jak się nie przejeść w święta", " jak przetrzymać święta i nie utyć", "święta w wersji fit".
 
 
Ja po prostu nie rozumiem tego wszystkiego, dla mnie to jest niepojęte i nasuwają mi się pytania: Czy święta to siedzenie za stołem i obżarstwo?, Czy musi panować moda na bycie fit, a gdzie miejsce na jakąkolwiek tradycję? Czy nie można przygotować tyle jedzenia, aby nie być głodnym, i z umiarem, a nie w nadmiarze? 
 
 Jak było w moim domu rodzinnym?
Teraz w centrach handlowych, lampki, świecidełka i choinki oraz kolędy mamy już praktycznie niedługo po Wszystkich Świętych. Z głównych wystaw znikną znicze, a w ich miejsce eksponuje się ozdoby świąteczne.
O zgrozo! Bo przecież musimy konsumować, wydawać na przedmioty, które tak naprawdę nie są nam potrzebne. Kolejne skarpety z reniferami, nowe ozdoby choinkowe, dekoracje do domu z motywami świątecznymi itd. W moim domu rodzinnym choinkę ubierało się w Wigilię, a nie już na początku grudnia.
Mieszkałam na wsi, rzadko jednak mieliśmy żywą choinkę.
Co roku dzień przed Wigilią znosiło się ze strychu sztuczną choinkę, w szarym pudle. Gałązki owej choinki były kąpane w wannie z kurzu i suszone. Dopiero później się składało drzewko w całość. Bombki, łańcuchy choinkowe też zimowały cały rok na strychu obok choinki. Rok w rok były te same.
Czy komuś to przeszkadzało, że co roku były te same ?

Pod choinką z siostrami znajdywałyśmy przeważnie słodycze, pomarańcze, banany oraz ciepłe kapcie czy sweter robiony przez mamę na drutach (kiedy spałyśmy w jesienne, dłuższe wieczory).
Pamiętam jak znalazłam piórko kulkowe pod choinką, które bardzo chciałam mieć bo koleżanki takie miały. Kiedyś dziecko cieszyło się z takich drobnostek.

A w dzisiejszych czasach większość ma problem co kupić dziecku pod choinkę, bo dziecko wszystko już ma. Bo dostało już coś wcześniej bez okazji.
Zawsze się mówi, że czasy się zmieniają, a to co było kiedyś jest lepsze. Ale patrząc z perspektywy tych 20 paru lat (święta i wigilię, które pamiętam), różnica jest ogromna.

Pamiętam z domu rodzinnego krojenie warzyw na sałatkę jarzynową (do tej na święta dodawało się groszek i kukurydzę), kupione wcześniej i schowane na święta.
To sałatką jarzynową chyba najbardziej zajadałyśmy się z moimi siostrami.
Oprócz tego smażony karp, śledzie, pierogi z kapustą i grzybami (zbieranymi własnoręcznie jesienią i suszonymi nad piecem),bigos. Z ciast rolady (z jabłkami i kremem na bazie margaryny), sernik i kokosanki).
.  Kolekcjonuje w swojej pamięci smaki, zapachy .....do dziś pamiętam smak pasztetu z zająca który mama upiekła na jedne ze świąt. Pasztet stał na drewnianym stole w zimnej piwnicy, razem z innymi smakołykami. Pamiętam jak go zajadałam z sałatką jarzynową, oglądając w Tv "Pana Wołodyjowskiego" a miałam wtedy  z 7 lat...bo bajki mnie po prostu nudziły...
 Karp  natomiast najlepszy był dojadany, następnego dnia po Wigilii.


Było tego niewiele i dlatego pamiętam co gościło na stole podczas wieczerzy wigilijnej, kiedy byłam dzieckiem.

Jak jest podczas wigilii w moim domu?
Nie obdarowujemy się prezentami, najwyżej symbolicznymi (i jest to zazwyczaj książka, którą wiemy, że chciałoby dostać jedno, albo drugie).
Stół jak widać nie ugina się od jedzenia, ale jest na nim to co lubimy i gotuję raz w roku. Dlaczego raz w roku?, po to aby czekać na te potrawy cały rok i poczuć, że święta to wyjątkowy czas, także pod względem kulinarnym.
 Zresztą w święta najważniejsza jest obecność bliskich lub bliskiej nam osoby.

środa, 23 grudnia 2015

kiszona kapusta z grochem (wigilijna)

Kiszona kapusta z grochem w moim domu to była potrawa, która czasami była gotowana w okresie zimowym.
Najlepsza odgrzewana któryś raz z kolei (tak jak bigos). Poznając mojego Pana i tworząc "nasze" dania wigilijne, dowiedziałam się, że u niego w domu kiszona kapusta z grochem to było jedno z dań na wigilijnym stole. Tak samo na stole jego mamy w jej rodzinnym domu.
Szczerze to miałam kilka podejść do tej potrawy, aby odpowiadała naszym kubkom smakowym. Nie zawsze wszystko mi się udaje i do perfekcji dochodzę po którymś razie gotowania jakiejś potrawy.
Tak było z tym daniem. Lubimy je oboje, nie gotuję jej zbyt często! Dołączyłam ją do mojego menu świątecznego i chyba chciałabym, aby nam się kojarzyła z Wigilią tak jak postny wigilijny barszczyk z uszkami.  (gotuję go tylko raz w roku na wieczerzę wigilijną).


Składniki:
500g kiszonej kapusty
200 g żółtego grochu (połówki)
1 cebula większa
około 4 łyżek masła (ewentualnie oleju)
2 łyżki mąki
sól
świeżo mielony czarny pieprz
kilka ziarenek ziela angielskiego
kilka ziarenek pieprzu (kulki)
liść laurowy
majeranek otarty

Wykonanie:
Kiszoną kapustę siekam (i płuczę jeśli jest taka potrzeba), tym razem nie była za kwaśna i nie płukałam jej.
Poszatkowaną kapustę wkładam do garnka i zalewam ją wodą (wody tyle, żeby przykryła kapustę). Dodaję do kapusty do garnka ziele angielskie, ziarenka pieprzu i listek laurowy i gotuję ją do miękkości.
Wody nie odlewam ! po ugotowaniu kapusty (zostaje jej niewiele). Odstawiam garnek z ugotowaną kapustą.
W drugim garnku, zalewam wodą groch, solę odrobinę i gotuję go do miękkości.
Uwaga ! Uważamy bo groch szybko wchłania wodę. Jeśli woda spod grochu wyparuje, a groch nie jest jeszcze miękki, dolewamy do niego wody.
Ugotowany groch odcedzam i ugniatam go (ale zostawiam połowę ziarenek w całości).
Groch przekładam do garnka z ugotowaną kapustą.

Zasmażka do kapusty:
Patelnię rozgrzewam i wsypuję na nią dwie łyżki mąki i prażę ją (mąka ma lekko zbrązowieć, ale trzeba uważać, żeby się nie przypaliła). Do podprażonej mąki, dodaję 2 łyżki masła.
Mieszam mąkę z masłem, żeby dokładnie mąka i masło się połączyło.

Do zasmażki na patelnię dodaję kilka łyżek kapusty z grochem i mieszam. Zasmażka ma się dokładnie  połączyć z kapustą.  Zawartość patelni przekładam do garnka z resztą kapusty i jeszcze raz mieszam, żeby wszystko razem ze sobą się połączyło.

Cebulę drobno siekam i szklę na dwóch łyżkach masła. Cebula ma się lekko zrumienić.
Zrumienioną cebulę dorzucam do kapusty w garnku i ponownie mieszam jego zawartość.
Na koniec doprawiam wszystko majerankiem (w celach nie tylko smakowych, ale i dla lepszego trawienia).

Kapusta z grochem najlepsza jest odgrzewana i wtedy gdy całość się przegryzie.
Ja kapustę podaję do domowego chleba i smażonej ryby.
 

sobota, 19 grudnia 2015

chlebek bananowy / ciasto bananowe

Chlebek bananowy to ten z wypieków, który nie zawojował mojego serca od razu. Miałam kiedyś do niego podejście z 5 lat temu i się do niego zniechęciłam. Dlaczego? Można by o nim napisać, że jest szybkie do zrobienia, nie wymaga wielu składników i jest idealnym wypiekiem jeśli mamy nadmiar przejrzałych bananów. Miałam wtedy po prostu kapryśny piekarnik gazowy, który nie dopiekał wierzchu ciast, albo ich spody  notorycznie przypalał. Jeśli piekłam w nim ciasto to z nosem przy szybce piekarnika. Wtedy mój chlebek bananowy nie dopiekł się w środku.
 
Żałuję teraz jedynie tego, że dopiero teraz zdecydowałam się na drugie podejście do upieczenie tego ciasta.
Chlebek bananowy to wypiek o zbitej konsystencji, czuć w nim smak bananów, ale nie jest on przez nie zdominowany.
 
Miałam ostatnio w swojej spiżarni bardzo przejrzałe banany, które po części zamroziłam, a po części wykorzystałam w dzisiejszym chlebku bananowym. Całość ciasta zwieńczyłam polewą czekoladową. Wyszło pysznie:), właściwie nie mogło być inaczej.
Ciasto idealne do pudełka, nie łamie się, nie kruszy.
Idealne do gorzkiej aromatycznej herbatki i dobrej książki.
Ciasto + kubek aromatycznej herbaty + książka +wełniany koc i o świecie mogę całkowicie zapomnieć.
Dla mnie wieczór z książką to pełnia szczęścia. Może i banał, ale czasem tylko w taki sposób mogę oderwać się od rzeczywistość i przenieść się w inny świat, inny wymiar.:)
 

 Składniki:
3oo g mąki pszennej
3 małe banany (lub dwa większe)
2 jajka (od kur z wolnego wybiegu)
pół szklanki cukru
pół szklanki oleju (lub rozpuszczonego masła)
łyżeczka sody oczyszczonej
łyżeczka proszku do pieczenia
 
Wykonanie:
Banany wrzucam do głębszej miski - rozgniatam dokładnie widelcem, dodaję do nich jajka i olej. Miksuję, a następnie dorzucam mąkę, cukier, proszek do pieczenia i sodę. Ponownie miksuję.
Powstałą masę przekładam do małej keksówki i piekę w 180°C  około godziny (u mnie było równo godzina). Piekę do suchego patyczka.
 
 

niedziela, 13 grudnia 2015

Złote łany na bis czyli €URO ŁANY (Złote łany po 15 latach)

W kwietniu tego roku spędzając samotnie wieczory - wpadłam przypadkiem na  stare odcinki "Złotych łanów". Oglądałam je sobie po odcinku przed snem. Mogę napisać, że to był taki mój sentymentalny powrót do lat mojej podstawówki. Po prostu do wsi jaką ja jeszcze pamiętam! Po obejrzeniu starych odcinków powstał mój spontaniczny wpis "Złote łany" - piękna opowieść sprzed lat o polskiej wsi i prostych, staroświeckich ludziach na niej mieszkających . Z czasem zaczęto go w miarę często wyświetlać, do wyszukiwarki zaczęto wpisywać frazy (Złote łany po latach, Złote łany po 15 latach, konkretne nazwiska starych bohaterów telenoweli np. Wełpa, pan Franciszek), a ostatnio Euro łany.
Zaciekawiło mnie to i poszukałam. Okazało się, że nakręcono nowe odcinki tej telenoweli. Oczywiście obejrzałam je sobie wieczorami w sieci i mogę tu napisać, że nie rozczarowałam się z czego się cieszę.  Myślę, że pomimo upływu lat na wsi można znaleźć "typy", "ewenementy", które mają swoje spojrzenie na życie, swoje filozofie, swoje ważności. Pod tym kątem wieś się nie zmieniła pomimo upływu lat. Ta telenowela pokazuje ludzi ze wsi takimi jakimi są naprawdę, może nie zawsze obraz tej wsi jest pochlebny, ale na pewno rzetelny.

Postaram się napisać kilka zdań o "Euro łanach"! m.in:
*czy udało się stworzyć w odcinkach "Euro łanów" klimat wsi z dawnych "Łanów"?
*co słychać u starych bohaterów telenoweli?
oraz
* co się zmieniło na polskiej wsi po 15 latach?


W odcinkach kręconych 15 lat temu patrzono na rolnictwo z nadzieją na lepsze jutro (to są moje odczucia), ale wiedziano też, że przychodzące zmiany wraz z wejściem do Unii Europejskiej są nieuniknione.
Natomiast patrząc na rolnictwo obecnie tego oczekiwanego lepszego jutra nie ma!
Teraz rację bytu mają jedynie gospodarstwa z hektarami, a małe kliku hektarowe gospodarstwa niestety nie!
 
Tak jak 15 lat temu, tak i teraz w nowych odcinkach telenoweli przedstawieni zostali Ci biedni rolnicy, dorabiający się i Ci najbogatsi! Nowe odcinki zostały nakręcone w tych samych miejscach, krajobrazach, u tych samych ludzi....oraz zostały nawiązane nowe znajomości.
Dla mnie najbarwniejszymi osobami w "Złotych łanach" byli pan Franciszek i pani Franciszka. Wielbiciele "Złotych łanów" wiedzą, że pan Franciszek zmarł, a jego małżonka żyje samotnie. Po śmierci pana Franciszka gospodarstwo podupadło - nie ma już tam koni ani krów. Wzruszająca jest scena gdzie pani Strabużyńska (reżyser telenoweli) wita się z panią Franciszką.
Ze słów pani Franciszki bije pewnego rodzaju smutek, czuje się, że bardzo doskwiera jej samotność:
"Nie potrzebuje chleba, bo on na razie jest, liczy się słowo, liczy się człowiek"
albo
"Ona jest sama, jest woda, las ptaszki,
bo gdyby ich nie było to by zwariowała,
no i to niebo, które jest za blisko dla mnie, bo bym chętnie się przeniosła, ale nie mogę się tam przenieść te 82 lata mi nie pozwalają"
 
Nie będę smęcić, bo inne słowa pani Franciszki w "€uro łanach" brzmią :):
"Ja nie jestem, ani ładna, ani brzydka,
taka została jaka była
nic się nie zmieniła, lat przybyło ale nic się nie zmieniło".
 
Ja mam zawsze sentyment do takich ludzi,  pisałam już o tym pisząc i wspominając "Złote łany". Osoba pani Franciszki skłania mnie po raz kolejny do refleksji, bo o tym też już pisałam boję się samotności (bardzo), nie starości........
W jednym z nowych odcinków panią Franciszkę odwiedza pan Rafał z Bielska (wielbiciel "Łanów") z synem. Po to, aby m.in pokazać swojemu synowi ulotność i bezpowrotność przemijania obrazu polskiej wsi. Ta wizyta jest bardzo wzruszająca pani Franciszka dostaje od pana Rafała tabliczkę ze słowami pana Franciszka (widzę, że nie tylko mnie wbiły się w pamięć te dobitne i piękne słowa): "Ziemia człowieka wydała i Ziemia człowieka zje, ale za to trzeba ją wielbić"
 
Słowa pani Franciszki i jej wzruszenie mówią wiele same za siebie: "Dlaczego tak prędko, dlaczego zostałam sama?"
 
 Kolejnymi osobami, którzy odwiedzają panią Franciszkę są nowi bohaterowie "Euro łanów" - pan Tadeusz z żoną Agatą (będę o nich pisać poniżej). Ten motyw to takie połączenie ludzi gospodarzących po staremu (pani Franciszka) z ludźmi, którzy idą z postępem w rolnictwie, a pamiętającymi jak to było dawniej (pan Tadeusz). Podczas wizyty pana Tadeusza u pani Franciszki można usłyszeć jej kolejne mądrości życiowe:
Czy jest pani dumna, że miała pani takiego męża? - spytał ją pan Tadeusz
"To były dwa charaktery: ogień i woda. Albo ogień zgaśnie, albo woda wyparuje" oraz "Lepsza słomiana zgoda, niż złoty proces" - odrzekła pani Franciszka.:)
 
 Wspomniałam o Pani Franciszce, a o tym co słychać u innych bohaterów "Złotych łanów" będzie poniżej (w skrócie):
* Edward i Ewa Wełpowie:
Edward zabił się, zjeżdżając ze skarpy położył na siebie ciągnik. Dzieci Wełpów porozjeżdżały się po świecie. Gospodarstwo Wełpów dobrze prosperowało, później popadli w długi, które udało im się spłacić......Słowa pani Grażyny mówią bardzo wiele "Kiedyś się nie martwiłam jakie będzie jutro , a dzisiaj się boje...."
* Jan i Grażyna Kałczorowie: Po nakręceniu Złotych łanów"Jan wypędził żonę z domu. Został zabity przez syna. Pani Grażyna po śmierci męża wróciła na gospodarstwo (po swoim powrocie nie zastała nic, gdyż mąż przepił wszystko). Nie podniosła się z tego co zastała po swoim przybyciu, bo nie było już z czego. Obecnie żyje samotnie, ale nadal boryka się z przeciwnościami losu. Po pożarze dachu z trudem stara się doprowadzić mieszkanie do ładu.
* pan Mieczysław (kowal) : kiedyś wrota do kuźni pana Mieczysława się nie zamykały prawie nigdy. Podkuwanie koni było jego stałym zajęciem. Dziś wraz z postępem na wsi ginie dużo zawodów, w tym kowalstwo, a pan Mieczysław zbliża się do 90 i brak mu sił, żeby zmagać się z młotem i kowadłem.
Ale podobno odwiedza kuźnię i wspomina jak to dawniej bywało.
* pani Stefania (Stenia) - miejscowa bizneswomen sprzedała sklep i założyła własną restaurację.
* pani Wanda i syn Irek: pani Wanda nie żyje, a syn Irek dalej prowadzi swoje gospodarstwo i nadal je rozwija (ekipie nie udało się go odwiedzić), podobno się ożenił (dopiero po śmierci matki) i doczekał się dzieci,
* pan Darek (malarz artysta) - u niego nie zmieniło się nic, tak jak 15 lat temu nadal woli wieś od miasta. Nadal to taki uważny obserwator i komentator lokalnej społeczności.
Ma własną galerię, tworzy i jeździ po świecie,
* Henk (holender)- rozwiódł się z pierwszą żoną i ożenił ponownie. Zrezygnował z prowadzenia mleczarni i przerzucił się na uprawę kukurydzy oraz użytki zielone (łąki).
 
Poza starymi bohaterami telenoweli w nowych jej odcinkach  pojawiły się nowe twarz, nowi bohaterowie, wcale nie mniej barwni niż Ci których poznaliśmy 15 lat temu:):
* Pan Tadeusz (z żoną Agatą i rodziną) - Pan Tadeusz ma 500 hektarów Ziemi i tym samym zmieniło się jedno z jego marzeń, aby mieć własne ogromne ranczo, które da pracę i chleb nie tylko jego rodzinie.
Poza tym ma sentyment do tego co było i do ludzi, którzy pracowali na roli przed nim bo robili kawał dobrej roboty. Bo kiedyś praca na roli to był ciężki kawałek chleba. Ciężko się z nim nie zgodzić:). Poza tym głosi o tym, że "to jest narkotyk, tu żaden dopalacz tak nie działa jak bycie rolnikiem" albo
"W odłogu to ja nie zostawię, bo prędzej to ja się dam pokroić w paski niż zostawić pole w odłogu. Bo ja nie po to jestem rolnikiem, żeby ziemię zostawić odłogiem. Przez rok jak bym patrzył na to pole przed żniwami, mogą trumnę mi kupić z Unii zresztą. To jest absolutnie niedorzeczność, żebym zostawił pole w odłogu i patrzył, że to leży"
 
 Pan Tadeusz słowami o tym, że jak by żył z 50 lat wstecz, chciałby przeżyć gospodarstwo tak jak pan Franciszek oraz powyższymi, które tu zacytowałam wzbudził mój szacunek.
 
 * pan Jan (sołtys jednej ze wsi w gminie) i pani Teresa - małżeństwo, które całe życie pracuje i utrzymuje się z prowadzenia gospodarstwa. Widać, że oboje pracowici, dobrane na zasadzie kontrastu :). Pani Teresa bardzo skromna i pracowita, ciągle korygująca wypowiedzi swojego męża. Pan Jan wesoły z wielkim poczuciem humoru. Wszystkich zabawia ciekawymi dykteryjkami, niestrudzony gawędziarz i komentator wiejskiego życia:  na wiejskie kobiety spacerujące z kijkami (nordic walking) mówi, że nart nie wzięły ze sobą, a jeśli sprzedaje towar na targowisku, kobiecie jako pierwszemu klientowi  nie sprzeda bo to przynosi pecha. Nic nie obejdzie się też bez komentarza pana Jana:
"sołtys wszystko wie, ja wiem kto z kim śpi, ale mnie to nie interesuje, aby dzieci zdrowe były. To nie miasto. Na wsi wszystko o wszystkim wiedzą tu się nic nie ukryje":).
Poza tym wspomina z żoną stare czasy (brali ślub w maju - a stare porzekadło mówi " w maju ślub szykuj grób"- co w ich przypadku się nie sprawdziło.:) Opowiada, także o tym jak dojeżdżał do przyszłej żony, gdzie do domu został wpuszczony po 2 latach, a co dopiero mówić o spaniu i odnosi się do dzisiejszych czasów. Zaś pani Teresa mówi o mężu " Fajny gościu był i się spodobał" oraz "żyjemy tak jak trzeba, nie szukamy przygód żadnych, tak życie leci, 36 lat minęło". 
Oni skradli moje serce, na pewno wzór do naśladowania dla dzisiejszych małżeństw i ten stary model wychowania.
Pan Jan o swojej małżonce zawsze mówi z szacunkiem: "mam żonę do rany przyłożyć, ze świecą szukać drugiej takiej".
*pani Ania (najstarsza sołtysowa w gminie) - barwna osoba, hołdująca tradycji i temu wszystkiemu jak bywało dawniej. Mnie miło słuchało się pani Ani bo opowiadała o dawnej wsi, a przede wszystkim mówiła o niej ciepło (bo ja pomimo młodego wieku, mam sentyment do dawnej polskiej wsi).
Twierdziła również, że wiejska kobieta to gospodyni, a nie modelka, a pokaz mody na wsi to jedynie w niedziele w kościele:).
 
 
* pan Czesław (Czesio), pół rolnik, pół artysta - prowadzi niewielkie gospodarstwo odziedziczone po ojcu, żyje samotnie, a pustkę wypełnia mu przywiązanie do zwierząt.  Przyjaźni się z Szymonem, z którym snują plany o tym jak znaleźć kandydatki na żony oraz o tym czy im się w ogóle to uda. Czesław lubi w samotności rozmawiać ze swoimi zwierzętami (trzy krówki i cielak) i twierdzi, że zwierzęta choć nie mówią to rozumieją. Ponadto twierdzi, że w większości zwierzęta mają więcej rozumu niż niektórzy ludzie  i mają "szósty zmysł".
O byciu rolnikiem mówi: "miłość do ziemi może nie bardzo, ale szkoda bo to tatowe".Wniosek: człowiek starej daty, gdzie ojcowizna ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie, bo w dzisiejszych czasach wielu nie ma sentymentu do ziemi!
 
* pan Szymon - kawaler, który ma kilka hektarów ziemi, które odziedziczył po ojcu. Nikt z rodzeństwa nie chciał zostać na roli. Zajmuje się hodowlą bydła rasy śląskiej. Nie sieje zboża, przerzucił się na użytki zielone (łąki) - to było jedyne wyjście, aby móc się utrzymać z tych kilku hektarów. Żyje z łąk oraz hodowli bydła i koni. W wolnej chwili przebywa ze swoimi zwierzętami i jak twierdzi dlatego są takie towarzyskie.
 
* pani Gienia z mężem / mieszkający z synem Tomkiem (zaręczony z Małgosią) - Tomek odziedziczył gospodarstwo po rodzicach. Oprócz zboża, hoduje bydło rasy angielskiej.   Na krowy, żeby nie weszły w szkody pokrzykuje do nich po angielsku (jak widać znajomość języków obcych przydatna jest i na pastwisku).
 
* pan Olek - rolnik, który czuje disco. Często po pracy w polu pędzi do warsztatu, rzeźbi w drewnie gitary, kunsztownie je ozdabiając. Jest lokalnym królem disco, więc nie wypada mu grać na byle czym :).
 
babcia Aniela Tomasiowa (100 lat)- piękny przeżyty wiek. Nieprawdaż? Ta stulatka nie wie co to lekarstwa (oprócz smarowania nóg), wszystko robiąca sama wokół siebie i drepcząca  co dzień do pobliskiego kościółka (sama mówi "tylko ten kościółek mnie trzyma"). Wieku w zdrowiu nie jeden (nawet młody) może jej pozazdrościć.
 
Cieszę się, że "Euro łany" tworzyły te same osoby co "Złote łany". Kiedy dowiedziałam się, że powstały nowe odcinki telenoweli, bałam się, że to może być kicha! Moje obawy się nie potwierdziły i fajnie. Na pewno nowe odcinki to nie jest to samo co 15 lat temu. Jednak mają podobny klimat. Wszystko można sobie uzasadnić - po prostu nie unikniemy tego, że czasy się zmieniają.
 
Moje podsumowanie:
Na pewno wraz z postępem, nie mamy małych gospodarstw, a rację bytu mają jedynie te wielohektarowe. A co za tym idzie: spaliny z  maszyn w naszej żywności (teraz wszystko jest zmechanizowane). Kiedyś wszystko robiło się pługiem i koniem!, nie stosowało się oprysków.
Dzisiejsze gospodynie nie robią przetworów -nie kisi się ogórków, kapusty, nie robi się kompotów itd.
Nawet pani Teresa kisząca swoje niepryskane ogórki, kisi je w plastikowe butelki pięciolitrowe. Często na wsiach panuje wszechobecna cisza - nie pieją koguty, nie ryczą krowy czy nie rżą konie. Wieś zrównuje się z miastem - dzisiejsze gospodynie na wsi???? nie ciągnie ich do tego, aby mieć swoje zdrowe produkty, bo dziś na wsi jest tak jak w mieście.
A jak? Dba się o siebie!
No właśnie na czym polega dbanie o siebie w dzisiejszych czasach? Dla każdego dbanie o siebie polega na czymś innym, na pewno ja mam odmienne podejście do życia niż wielu ludzi w dzisiejszych czasach.
 
Dzisiaj następują zmiany nie tylko w obyczajach ale i w wychowaniu dzieci czy prowadzeniu domu. Zmiany te nabierają ogromnego tempa.
Jednak pozostali jeszcze na tej naszej polskiej wsi ludzie hołdujący starym zasadom. Ale wszystko przemija......pozostaje jedynie smutek i nostalgia za tym co było.... Idzie nowe wielkimi krokami, ale czy to dobrze? Według mnie na pewno nie!

sobota, 12 grudnia 2015

domowy rosół na przeziębienie! z czego gotować rosół?, po co jeść rosół ? oraz jak ja leczę przeziębienie :)

O domowym rosole na przeziębienie miałam pisać już dawno, wreszcie się zebrałam! Jesień i zima to czas infekcji i przeziębień, więc temat obecnie aktualny.
Zacznę od tego, że jesienią dopadło mnie przeziębienie. Organizm walczył, żeby się nie rozłożyć, jednak w ostatecznym rozrachunku przegrał....
Musiałam się położyć do łóżka, organizm się zbuntował bo potrzebował snu, odpoczynku!
Zresztą obserwując swój organizm przez lata - teraz już wiem - moje przeziębienia biorą się z tego, że czasem moja dusza ma jakiś problem/y i ciało się buntuje.  Łapie wtedy wszystkie infekcje.

Wiecie co -pierwszy raz nie wzięłam też aptecznych specyfików na katar i gorączkę. Już się łamałam, żeby zażyć jakiś lek przeciwbólowy na ból głowy - jednak się nie złamałam.
Dałam radę na domowych specyfikach! 
Po pierwsze : domowy rosół
Po drugie: sok z czarnego bzu + dobry miód +cytryna
Po trzecie: wygrzanie wszystkiego + odpoczynek + spokojny sen
Po czwarte: zimne okłady na głowę
Po piąte: inhalacje parowe z dodatkiem naturalnego olejku sosnowego i eukaliptusowego, żeby udrożnić zapchany nos.

Nie było ferveksów, gripeksów, polopiryn, ibupromów, apapów! itd
Dało się bez tego! Przeziębienie zwalczyłam, trutki apteczne nie były potrzebne!

Im jestem starsza wiem, że można wyleczyć się naturalnymi sposobami. Już gdzieś pisałam, że kiedyś nie było tylu, aptek (w pobliżu mojej kamiennicy są aż 4), Koncernów farmaceutycznych i ich przedstawicieli czy lekarzy, którzy za przepisywanie danego leku dostają gratyfikacje. Nieważne czy lek pomaga czy nie ważne, żeby wprowadzić go w obieg, by mieć z tego korzyści.
 A tak poza nawiasem ja w aptece nabywam najczęściej tylko gazę opatrunkową (wykorzystuję ją najczęściej w kuchni) albo plaster opatrunkowy. :)
Ale wyciągając wnioski, jeśli powstaje ciągle tyle aptek, więc ludzie muszą z nich korzystać, a ich właściciele muszą mieć z nich dochód.
Zażywając antybiotyki niszczysz sobie florę bakteryjną, którą odbudowujesz później miesiącami! Tak się  zastanawiam czy ja zażywałam kiedykolwiek antybiotyk z apteki (możliwe, że jako dziecko, ale to rodzic mi go aplikował). Jako dorosły człowiek nigdy nie zażywałam antybiotyków! Ale dla wielu osób lekarz to autorytet bo to osoba wyuczona, ale czy zawsze mająca rację?
Ja słucham się swojego organizmu, czerpię z mojej mądrości życiowej.

Będę twierdzić, że w leczeniu przeziębienia podstawą jest domowy rosół ugotowany na wiejskiej kurze. A dlaczego o tym postaram się napisać poniżej.
 
Prawdziwy, leczniczy rosół to nie ten z kurczaka czy porcji  kurczaka z supermarketu.
Prawdziwy rosół, który ma zadziałać na nas leczniczo to ten z kury...ale i kurczaka, kaczki czy gołębi wyhodowanych na wsi - gdzie ów drób dziobał ziarno, trawę czy robaki :) z ziemi. Widziałam gdzieś w sieci artykuł, że kury hodowane w fermach są czyściejsze i mają zbilansowaną paszę więc są i lepsze od tych wiejskich. Ciągle napotykam się na takie brednie!!!!!!! Ale cóż wszędzie są publikowane, opłacane i sponsorowane artykuły. Ludzie to czytają i czasem głupieją bo nie wiedzą co w rzeczywistości jest prawdą a co nie!

Nie potrafię zrozumieć nagonki na naturalne tłuszcze nasycone. Już pisałam na blogu, że jeśli coś już gotować to na tłuszczach nasyconych, bo one się nie utleniają pod wpływem temperatury i nie serwują nam organizmu pełnego m.in wolnych rodników.
 
 Z czego gotować rosół?
W mojej kuchni rosół powstaje bardzo często. Moje rosoły gotuję na różnym mięsie: kaczka, kurczak, kura, perliczka, indyk czy królik. Zawsze jest to mięso z wiejskiej zagrody z wiadomego źródła.
 
Jeśli nie jesz przetworzonej żywności, mięsa w nadmiarze to jeśli ugotujesz odrobinę tłusty rosół to Ci on nie zaszkodzi. Zdrowy tłuszcz też jest nam potrzebny, żeby nasz organizm dobrze funkcjonował.
 
 Jeśli rosół wyjdzie mi tłuściejszy - zbieram z jego wierzchu tłuszcz i smażę na przykład m.in na takim tłuszczu jajecznicę na śniadanie.  Zresztą to lane kluski czy makaron nadają kaloryczności rosołowi. Moje rosoły jeśli są z makaronem to tylko i wyłącznie z robionym przeze mnie własnoręcznie.
Natomiast jeśli nie mam czasu, albo ma działać na mnie leczniczo zawszę robię z kaszą jaglaną.
Jeśli gotuję rosół to na kawałku mięsa (około 300 g), albo na całej małej wiejskiej kurze (wtedy to nastawiam rosół w garnek 10 litrowy). Bardzo często rosół gotuję na kościach drobiowych, które mi zostały po porcjowaniu tuszek wiejskiego mięsa.
Zawsze dodaję do rosołu włoszczyznę (marchew, pietruszkę, mały seler, cebulę oraz przyprawy). Rosół zawsze mi pyrka około 3 godzin.
 
A dlaczego, aż tyle czasu?
1. mięso wiejskie potrzebuje więcej czasu, aby było miękkie,
2. jeśli gotujmy rosół tyle czasu, wtedy to mięso i warzywa oddadzą  do wywaru wszystkie cenne składniki i minerały.
 
Czego dostarcza naszemu organizmowi rosół?
Rosół ugotowany z włoszczyzną dostarcza naszemu organizmowi wszystkiego, czego nam potrzeba. W takim rosole jest sporo minerałów, które w czasie gotowania przeniknęły do niego z warzyw i mięsa.
Te minerały to:
* potas: reguluje gospodarkę wodną i ciśnienie krwi,
*fosfor, wapń, magnez - niezbędne dla kości, zębów, serca i układu nerwowego,
Rosół to także spora porcja żelaza (zarówno tego pochodzącego z warzyw, jak i tego z mięsa, który jest łatwiej wchłanialny). Są w nim witamina A i E, beta-karoten (silne antyoksydanty zwalczające wolne rodniki. Poza tym jest też trochę pełnowartościowego białka pochodzącego z mięsa.
 
 UWAGA! Leczniczą moc ma jedynie rosół z niewielką ilością soli.
Nie używaj kostek rosołowych (typu kucharek, maggi w płynie, jarzynka).
Poza wzmacnianiem smaku potrawom- nie robią dla naszego organizmu nic dobrego, jedynie mu szkodzą (zatrzymują wodę w organizmie, zwiększają ciśnienie krwi i zaburzają pracę nerek).
 
PO CO JEŚĆ ROSÓŁ?
* jak sam tytuł wpisu głosi  "rosół na przeziębienie" - rosół to doskonałe lekarstwo na przeziębienie i sezonowe infekcje. Jeśli przemarzniesz w mroźny dzień naprawdę nie ma nic lepszego niż talerz gorącego rosołu (dostarczy nam on niezbędnych składników odżywczych i wzmocni organizm do walki z chorobą).
* para z takiego gorącego rosołu, oraz zawarty w niej tłuszcz podziałają jak balsam na nasze podrażnione gardło,
* rosół skutecznie nawilża śluzówki  w nosie,
* gorący rosół wpływa na produkcję komórek układu odpornościowego (zmniejszając w ten sposób stan zapalny w organizmie i łagodząc w ten sposób objawy infekcji)
 
Podsumowując: Aby mieć zdrowy rosół, nie musisz włożyć nie wiadomo ile mięsa do garnka. Rosół jeśli ma nas leczyć to - gotujemy go na kawałku mięsa. Domowy rosół na przeziębienie, ma działać na nas dobroczynnie, więc nie gotujmy go nie wiadomo jak tłustego, ma on dodać  naszemu organizmowi energii a nie zalać go tłuszczem.

piątek, 11 grudnia 2015

kasza manna bananowo - kokosowa z makiem

Dziś propozycja na śniadanie, podwieczorek bądź deser.
To żadna filozofia ugotować kaszę mannę na mleku z dodatkiem bananów, kokosu i maku.
Pyszna, zdrowa, słodka kasza na pewno poprawi humor każdemu w zimny i ponury dzień. Nie musisz zajadać takiego  smakołyku ze sklepowego pudełka z konserwantami, ugotuj go sobie w domu, to tylko 10 minut! i masz go na talerzu.
 
Składniki:
pół litra mleka krowiego lub roślinnego
2,5 łyżki kaszy manny
2 mniejsze banany (ja miałam bardzo dojrzałe)
3 łyżki wiórków kokosowych
2 łyżki maku

 Wykonanie:
Mleko wlewam do rondla, wsypuję kaszę mannę i czekam aż mleko zacznie się gotować.
Jeśli mleko zacznie się gotować, zaczynam mieszać zawartość garnka, żeby kasza nie pozbijała się w grudki. Zawsze mieszam trzepaczką. Mieszam chwilę do czasu aż kasza zgęstnieje i gaszę płomień pod garnkiem.
Do ugotowanej kaszy dodaję rozdrobnione widelcem banany, wiórki kokosowe i mak. Wszystko dokładnie mieszam. Przekładam do miseczek i podaję.

piątek, 4 grudnia 2015

kruche babeczki kokosowe

Pamiętam, często lubiłam piec te babeczki mieszkając w domu rodzinnym (później o nich zapomniałam). Tworząc swoje gospodarstwo domowe, kompletowałam sobie z czasem jakieś formy do pieczenia. Na stan mojej kuchni foremki do babeczek trafiły dopiero we wrześniu tego roku. I przypomniałam sobie o moich dawnych babeczkach.
Piekąc ciągle serniki, postanowiłam upiec dla odmiany moje "stare" babeczki z nadzieniem z wiórków kokosowych.
 
I od czasu kiedy je upiekłam: piekę je przynajmniej raz w miesiącu!" Muszę tu napisać, że ile bym ich nie upiekła za każdym razem znikają co do jednej w szybkim tempie  :).
Tym razem było nocne pieczenie, a więc zdjęcia są w nocnym klimacie :).
 
Takie kruche babeczki z nadzieniem z wiórków kokosowych - to dla mnie wypiek taki typowo jesienno-zimowy. Są ciężkie i syci już zjedzenie jednej.
Babeczki smaczniejsze są drugiego dnia, fajnie kruszeją.
 
 
Składniki: na 16 babeczek (foremki na babeczki o średnicy70mm)
 
W pierwszej kolejności wykonuję krem kokosowy, gdyż musi ostygnąć, a ja zawsze w tym czasie wykonuję kruche ciasto.
 
KREM KOKOSOWY DO WYPEŁNIENIA BABECZEK:
Składniki:
150 g wiórków kokosowych
4 łyżki kaszy manny
2 szklanki mleka
pół szklanki cukru
3 żółtka
100 g masła
 
Wykonanie:
Do rondla wlewam półtorej szklanki mleka, dodaję masło, cukier i wszystko zagotowuję. Kaszę mannę mieszam z pozostałym mlekiem i wlewam do rondla z gotującym się mlekiem. Ciągle mieszam gotuję na malutkim ogniu, aż kasza zgęstnieje.
Gdy kasza jest już gęsta wsypuję wiórki kokosowe. Wszystko zagotowuje i nie przerywając mieszania dodaję po żółtku.
Pozostawiam gotowy krem do całkowitego ostudzenia.
 
  CIASTO KRUCHE
Składniki:
0,5 kg mąki pszennej
250 g masła (o zawartości tłuszczu minimum 82%)
150 g cukru
2 jajka (z wolnego wybiegu)
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia 
 Wykonanie:
Z podanych składników zagniatam szybko ciasto.
Masło powinno być dobrze schłodzone. Mnie najwygodniej wszystko wrzucić do głębokiej miski i w niej zagnieść ciasto.
 Gotowym ciastem wylepiam dno i boki foremek. Ciasto dzielę na 3 części (ta trzecia część posłuży mi do zrobienia krążków, aby przykryć na koniec nadziane babeczki).
 
 Do każdej wylepionej kruchym ciastem foremki nakładam krem kokosowy (dobrze wystudzony).
 Po napełnieniu foremek kremem kokosowym są dwa sposoby na zrobienie krążków, aby przykryć babeczki.
1. Ciasto rozwałkowujemy na placek o grubości kilku milimetrów i wycinamy szklanką krążki.
Krążkami przykrywamy każdą babeczkę.
2. Urywamy po kawałku ciasta, który rozwałkowujemy w okrąg. Powstały okrąg kładziemy na babeczkę. Nadmiar ciasta wystający ponad foremkę odrywamy. Mnie wygodniej jest krążki do przykrycia babeczek robić tym drugim sposobem.
Brzegi krążków na babeczkach dobrze dociskamy.
 
* jeśli ciasto się lepi podsypujemy je minimalną ilością mąki.
 Gotowe babeczki układam na blasze w piekarniku i piekę 25 minut w temperaturze 200 °C  . Piekę je w dobrze nagrzanym piekarniku. Babeczki powinny mieć kolor jasno żółty.
 
 
 Uwagi! Ja foremek przed wylepieniem ciastem nie smaruję tłuszczem (niby moje foremki mają mieć nieprzywierającą powłokę). Mnie ze szczególną łatwością babeczki nie wyskakują z foremek! Ale wyjmuję je z foremek gorące Przy wyjmowaniu każdej babeczki trzymam foremkę z babeczką w ściereczce, żeby się nie poparzyć.
Ale jeśli posmarujemy foremki np. odrobiną masła - upieczone babeczki łatwiej z nich wyjmiemy.
 Jeśli jakaś babeczka przylgnęła do foremki ja pomagam sobie i podważam sobie brzegi babeczki wykałaczką, żeby ją wyjąć.
 
Do udekorowania babeczek:
*domowa polewa czekoladowa
*wiórki kokosowe
* posiekane orzechy włoskie
 
Domowa polewa czekoladowa:
Składniki:
60 g masła o zawartości tłuszczu minimum 82%)
1/4 szklanki cukru
2 łyżki kakao
łyżka wody lub mleka
 
Wykonanie:
Kakao rozprowadzam w wodzie bądź mleku. Do rondelka wrzucam masło i cukier oraz wlewam kakao rozprowadzone w wodzie (mleku).
Mieszam zawartość rondelka do czasu, aż cukier i masło się rozpuszczą oraz wszystkie składniki się połączą. Ma powstać gładka i jednolita masa.
 
Po wyjęciu babeczek z foremek, wierzch każdej smaruję gotową polewą czekoladową oraz dekoruję wiórkami kokosowymi i posiekanymi orzechami włoskimi.
 
 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...