środa, 29 kwietnia 2015

"Alibi na szczęście" Anny Ficner- Ogonowskiej - jak ja widzę tę książkę ?!

Jako młodziutka dziewczyna, czytałam naprawdę bardzo dużo. Teraz też staram poświęcać na to każdą wolą minutę.
Zawsze zaczytywałam się w klasyce literatury...
Lubię czytać, ale niestety nie mogę czytać tylko beletrystyki, literatury typowo kobiecej - bo takie książki nie rozwijają.
Dla mnie literatura typowo dla kobiet to czasem -  tylko rozrywka. Czytałam takową - czasem tylko po to, żeby zobaczyć jak coś widzą i myślą o wielu rzeczach inne kobiety (nie ważne wiek autorki książki) ! Czasem literatura kobieca zawiera idealny świat, za takim jakim marzą często kobiety.....Niestety rzeczywistość jest często inna.....ona jest prawie zawsze inna!

"Alibi na szczęście" dostałam od mamy mojego Pana. Oddawała książki, które ja jej dałam do przeczytania i do torby dorzuciła mi m.in "Alibi na szczęście".
Z opisu książki, mam tu na myśli okładkę - zapowiadała się ona jako ciepła książka, typowa rozrywka...
Dwa wolne wieczory !, wystarczyło, żebym ją przeczytała (pomimo objętości 650 stron). Dobrze i szybko czyta się tą książkę, choć miejscami wątki były rozwleczone.
Styl pisania autorki książki dobry. Tragedii nie było...


Myślałam nad tym co chcę o tej książce napisać i doszłam do wniosków, że nieźle została rozreklamowana.
Z pozytywną oceną na okładce Artura Żmijewskiego i Danuty Stenki oraz przy nazwisku autorki wspomniano o tym, że powieść pisała dla siebie samej, a którą jej mąż potajemnie wysłał do wydawnictwa. Typowe chwyty reklamowe :).

Jak ja sobie widzę książkę jako całość ? - autorka przemyślała sobie postaci, wydarzenia, dobrze sobie zbudowała "szkielet" książki.  Okropne przeżycia z przeszłości i na drodze pojawiający się wybawiciel. Czyli ten który o nią walczy i czeka.......takie rzeczy w większości kobiety uwielbiają czytać. Jeszcze dodatkowo odnajdywanie spokoju i zatrzymanie się nad tym co w życiu jest najważniejsze..... To w większości wystarczy, żeby książka była poczytna...

Młoda nauczycielka, traci pewnego dnia trójkę najważniejszych dla niej osób (rodziców i męża, w dzień po ślubie). To jedyny motyw w książce nad którym miałam refleksję...
Rozumiem ogrom przeżyć, bólu, rozpaczy.....Ale różnie to bywa w życiu....niestety.....zawsze twierdzę, ze niczego nie możemy być pewni, że mamy coś na zawsze.....
Hanna bo tak ma na imię doświadczona przez los główna bohaterka książki...mieszka sobie w dużym domu, jeździ wypasioną furą, z dochodzącą gosposią i ogrodnikiem, zabezpieczona finansowo przez ojca do końca życia..... Rozumiem ciężkie przeżycia, wydawałoby się nie do przejścia, ale czas zawsze płynie.... Trzeba żyć dalej...  Liczy się dziś, nic dobrego nie daje życie tym co było...
Kolejną postacią w książce jest przyszywana siostra Hanki - Dominika (oczywiście wątek ojca alkoholika i matki, która zniknęła). Takie wszystko typowe - ile jest takich rodzin w jakiej się urodziła Dominika ?! Gdzie wszystko jest niszczone przez alkohol. Wiele.
Jest i dobra ciepła, dusza na kartach książki pani Irenka - przyjaciel rodziny z mądrością życiową. Dla mnie jako dorosłej, młodej kobiety - mądrości życiowe pani Irenki - nic odkrywczego.

Oczywiście jest i Mikołaj, zakochujący się w Hance młody architekt, prowadzący pracownię architektoniczną z przyjacielem....   Zwykła pracownia, jakich wiele, bez renomy......wygrywająca międzynarodowe konkursy.... Rozumiem zdolnych ludzi....., ale tacy wszyscy w książce piękni, bogaci, realizujący się, bez przeszkód.....
Jest i wątek brata Mikołaja - (Mateusz, uczeń Hanki, podkochuje się w niej, konflikt braci, którym podoba się ta sama kobieta):).
Wszystko jak w jakiejś telenoweli, albo w amerykańskim serialu.!
Nie mam tu na myśli tego, że bohaterowie książki, wydarzenia, przeżycia - to coś co nie mogło być realne - tylko dla mnie to wszystko takie idealne, przelukrowane...

Każda kobieta, w przeżyciach bohaterów tej książki odnajdzie coś ze swojego życia. Albo pochodzi z dobrej rodziny, los jej kogoś zabiera, albo z  rodziny alkoholowej itd. Zawsze takie książki będą się dobrze czytały.
Lubię książki z emocjami i przeżyciami -  ale bardziej prawdziwymi i realniejszymi od tych, które zostały  przedstawione w tej książce.

sobota, 25 kwietnia 2015

"Złote łany" - piękna opowieść sprzed lat o polskiej wsi i prostych, staroświeckich ludziach na niej mieszkających

Spędzam ostatnio trochę więcej czasu sama cóż - różne wypadki losu. Pisząc ostatnio o naturalnym jedzeniu, myślę o polskiej wsi! Nie lubię miasta, nie lubię dzisiejszych czasów. Nic jednak nie poradzę, że właśnie w takich przyszło mi żyć !
Trochę czasu zejdzie ludziom, żeby zrozumieć co z nami robi cywilizacja.
Nie chodzi mi tu o to, że wszyscy mają zarzucać mieszkanie w mieście i ma nastąpić pospolite ruszenie na wieś. Jedni lubią miasto, inni lubią wieś !

 "Złote łany" - to telenowela dokumentalna  sprzed chyba ponad 15 lat. Przypomniała mi się ona ostatnio i oglądałam ją po odcinku przed snem. Dla mnie jej oglądanie to powrót do dziecinnych lat. Za moich czasów takie coś się oglądało. (masakra - ja piszę za moich czasów ! - a jak mnie to denerwowało gdy dorośli mi takie coś mówili "za moich czasów to, albo tamto :).
Takie coś się oglądało moje pokolenie - i takie coś nas w jakimś stopniu kształtowało. Wiem, że bardzo wielu oglądało tą telenowele. 
Telenowela była kręcona ostatnim latem XX wieku (czyli rok 1999) w czasie żniw (lipiec, sierpień, pierwsze dni września). Film realizowany został na Dolnym Śląsku, gdzie po wojnie osiedlili się przybysze z różnych stron Polski. Bohaterami telenoweli są ludzie, którzy swój los związali z Ziemią. Odcinki były kręcone w kilku miejscowościach ze sobą sąsiadujących, więc całości nadano wspólna nazwę "Złote łany".

Ja "Złote łany" oglądając po latach, patrząc na nie z perspektywy czasu, który upłynął widzę jako - obraz polskiego rolnictwa z jakimiś tam nadziejami na lepsze jutro, ze świadomością nieuniknionych zmian gdybyśmy weszli do Unii Europejskiej.
Przedstawiony został kontrast między ludźmi na wsi - pokazani zostali ci biedni, dorabiający się i bogaci. Widać w tych ludziach rzeczywisty upór, walkę o byt i przetrwanie.


Bohaterowie "Złotych łanów" - to już mam wrażenie relikty, wymarły gatunek. Mnie się nasuwały pytania - Czy jeszcze mamy jakikolwiek szacunek do Matki Natury, do tego co ona nam daje ?
Bo skąd się bierze nasze pożywienie ? Z tego co rolnik wyhoduje i uprawi!
Zacytuję jednego z bohaterów telenoweli pana Franciszka
(odcinek 3) - "Kto myśli, że ten co ryje, jest lepszy od tego co zjada - tylko to co on wyrył. Przyczyną tego, że ludzie z miasta patrzą lekceważąco, a w niektórych wypadkach wręcz pogardliwie na tego człowieka ze wsi, to przyczyna tego nie rzadko leży w tej mentalności ludzkiej. Jak ja nie muszę pracować. to jestem coś więcej. Ludzie w próżniactwie upatrują zaletę i wyższość"
A oto  jeszcze jedne rozważania pana Franciszka pod gwiaździstym niebem "Kosmos to jest rzecz nie objęta żadnym rozumem, nikt tego nie obejmie nigdy. Ja czuje, ze kosmos cały, to wszystko, ze cała ta przyroda, cała ta natura jest jedno. Robak i ja to bracia jesteśmy. Mnie najbardziej koi, wycisza to jak umiem pojąć to jakim maleńkim jestem człowiekiem. Tyś Panem tego świata, a ja jestem marny pył"


Oglądając pana Franciszka - można się wiele nauczyć, prosty człowiek ze wsi, zadziwia swoją mądrością, mówi poprawną polszczyzną - wielu w dzisiejszych czasach mogłoby się wiele  od niego nauczyć. Jego myśli mogłoby się przedkładać nad wszelakie doktoraty i tytuły....
 Nie ma już takiej wsi, a szkoda, normalnie ogarnia mnie nostalgia za tamtymi czasami... za tamtymi ludźmi...
Nie mogę się powstrzymać i zacytuję jeszcze raz pana Franciszka i jego rozważania:
"We współczesnym świecie to jedno mi się nie podoba - O Boże ! jaka nadprodukcja żywności. A z drugiej strony 50 mln ludzi umiera z głodu w ciągu roku. Jak to ze sobą pogodzić? Jak o tym nie myśleć? A zostaw to pole, niech leży ugorem, bo chleba jest zadość. A gdzieś człowiek z głodu umiera!" -słowa wypowiedziane kilkanaście lat temu, czy w tym temacie cokolwiek się zmieniło ? Otóż nie !
Takich ludzi jak pan Franciszek nie ma ! Tacy ludzie byli kiedyś, staroświeccy, szanujący ziemię, która daję nam wyżywienie...
Nikt już chyba tak nie myśli jak pan Franciszek (odcinek 8) - "ja się na ziemi urodziłem, ziemia mnie żywi i ja i się do końca nie wyrzeknę.."

W telenoweli przedstawiony został obraz polskiej wsi - jeszcze zanim polska przystąpiła do Unii Europejskiej. W odcinku 5 - jednymi z bohaterów jest Joanna i Henk (Holender). Długo szukali kraju, w którym będą  mogli na korzystnych warunkach rozpocząć hodowlę krów. Henk stwierdził, że "tutaj można wszystko, w Holandii nie, bardzo dobre" :),w Polsce  rząd  wszystkiego nie pilnuje, nie ingeruje. W Holandii - wszystko jest w regułkach, tabelkach (co można, a co nie) !
Dużo młodsi ode mnie niech sobie wyciągną wnioski z tego, że (bo moje pokolenie i starsi to wiedzą) - przed wejściem do Unii - była wolność gospodarowania. Teraz mamy to samo co w Holandii - sprzedaliśmy swoją wolność za dotacje. U nas też mamy normy unijne i tabelki (rolnik musi się spowiadać przed urzędnikami z wszystkiego)!

Nie mogę tu nie wspomnieć o pani Wandzie (w każdym odcinku zrywająca  ekipie jabłka ze swoich jabłonek w obejściu). Prostolinijna, nie udająca nikogo, wesoła kobieta - sposób w jaki coś mówi, nie może nie wywołać uśmiechu na twarzy. W jednym odcinku mówi "wszyscy będą w mieście, nie może tak być, "żeby wszyscy lekkim chlebkiem żyli, trzeba ciężko pracować".
A o swoim synu mówi "powinien sobie jaką synową przyprowadzić, żebym ja se ino z wózkiem spacerowała, dwojaczki pani"....albo  "żeby go wzięła w obroty, bo on taki trochę powolny jest. Do roboty pieron zawzięty jest, poli się jak diaboł" :).

Inne ciekawe osobliwości w "Złotych łanach"
*pani Stenia, właścicielka sklepu, miejscowa  bussineswomen, uprawiająca nieduże pole, będąca na dodatek radną i uważająca, że  "ziemię to trzeba kochać po prostu no...". Marzy o swoim hotelu i dużej restauracji. Dla której nie było rzeczy niemożliwych, bo dawno temu obiecała sobie sukces i niezależność.  Uśmiechu nie mogłyby nie wywołać stroje i tańce pani Steni przy cygańskich melodiach na weselu córki.
* pani Franciszka (żona pana Franciszka) - urządzająca śpiew dla krów, bo tylko jej śpiewanie je uspokoi po burzy, która przeszła oraz mówiąca "trzeba Boga prosić i dupę podnosić, bo zaraz może lać",
* dzwonnik wiejskiego kościółka (miotlarz), który sam wymyślił i skonstruował sobie pojazd do rozwożenia mioteł. Rozwożący swoim pojazdem miotły, po okolicznych gospodarstwach, żeby poprawić byt swojej rodziny,
* Edward Wełpa (w którymś odcinku wraz z synem naświetlili sobie oczy spawarką o dużej mocy, nieostrożnie z niej korzystając).
Bo przecież Wełpa we wsi słynie ze słabości do maszyn i urządzeń - również spawarkę musi mieć najsilniejszą w okolicy, sam mówi o niej  "duża jest i ma sakramencki  błysk",
* młynarz z malutkiego młyna i jego żona. Pan młynarzowa mówi: "kupuje wszystko w sklepie, mąkę idzie do sklepu, siać im się nie chce, pola odłogiem leżą, krowy nie doją bo nie opłaci się, siedzą sobie teraz w domu, pralka wypierze sama, chleb kupi w sklepie..."

Wszyscy bohaterowie "Złotych łanów" to prości ludzie (pisząc prości w moim wypadku słowo to nie ma negatywnego wydźwięku). Lubię słuchać takich ludzi, lubię przebywać z takimi ludźmi..... Ludzie, którzy się urodzili i wychowali w mieście powinni wielu rzeczy nauczyć się od ludzi ze wsi !
Podsumowując to co piszę: Ludzie mieszkający na wsi, którzy wypowiadają się w serialu - im nie o to chodzi, ze praca na roli (praca fizyczna) jest szlachetna, ale o to, że jest niedoceniana...... Bo rzeczywiście: Czy mieszczuch docenia pracę na roli?.....Wątpię!
Często ludzie na wsi są pogodniejsi - mimo biedy, ciężkiego życia, przeciwności, bo czasem ich byt zależy od tego czy będzie dobry rok czy nie.....od pogody... Tam żyje się zgodnie z naturą...

Wychowałam się na wsi, ale takiej gdzie nie było pola, musiałam się wyprowadzić z domu......los tak chciał, że mieszkam na razie w mieście...... Ale każdy kto wychował się na wsi i mieszka w mieście, ciągnie i będzie go ciągnąć ....do natury, do przyrody....

Zachęcam młodszych ode mnie do obejrzenia "Złotych łanów". Mimo, że od tamtych czasów minęło ponad 15 lat wstecz, w tej telenoweli można zobaczyć jak przez te lata u nas w Polsce się zmieniło. Gospodarstw małorolnych już nie ma. Przez nasz rząd polskie rolnictwo upada. Rację bytu mają tylko ogromne gospodarstwa z hektarami, z unijnymi dotacjami ! A ludziom zostało zaopatrzanie się w marketach w trującą żywność!

środa, 22 kwietnia 2015

domowy ocet jabłkowy - właściwości, jak zrobić ? i o jego wielofunkcyjności

Dostałam od "teściowej" jabłka, które nabyła na jakimś targu. Wyglądały na takie nie pryskane (miały plamki, trochę grzybka). Skończył mi się ocet jabłkowy, a tymczasem dostałam mały zapas jabłek.  Bardzo lubię jabłka, ale niekoniecznie każdą odmianę na surowo. Stwierdziłam, że z tych nastawię ocet - bo skończył mi się ten nastawiony latem.

Często nie mam zaufania do wielu produktów nabytych w sklepie czy markecie (ja coraz rzadziej robię tam zakupy). Wiele rzeczy robię w domu, nie uważam tego za stratę czasu - bo jeśli mam wybór moje zdrowie czy strata czasu ? Wybiorę stratę czasu bo tracąc w taki sposób czas zyskuję zdrowie, które mogę pożytkować na wiele fajnych i pożytecznych rzeczy.
Jedną z bardzo wielu rzeczy, które robię w domu jest m.in ocet jabłkowy. Na jakiś blogu widziałam  ostatnio wywody na temat składu produktów, było tam także o wyższości octu jabłkowego nad octem spirytusowym. Tylko ów ocet jabłkowy był sklepowy, nie wiadomo jak zrobiony!

Najlepiej samemu zrobić ocet jabłkowy w domu !
Z czego zrobić sobie domowy ocet jabłkowy ?
Dobry ocet jabłkowy - robi się z niepryskanych jabłek, naturalnego miodu bądź nieoczyszczonego cukru i przefiltrowanej wody.
Najpierw należy poszukać na targu, niepryskanych jabłek (takich z plamkami, grzybkiem). Takie jabłka zazwyczaj są bardzo tanie !
 Fajnie jeśli mamy jakieś jabłonki w obejściu domu czy na działce, których się nie pryska. Jabłka z takich drzew to idealny produkt na swój ocet jabłkowy.
 Nie nadają się na ocet jabłka, nawoskowane. One są wyprodukowane, całkowicie chemicznie. Ocet nastawiony z takich jabłek - będzie prawdopodobnie pleśniał.
Ja robiłam ocet z różnych odmian jabłek (nigdy nie były to jabłka pryskane). Nigdy też ocet  mi się nie popsuł, ani nie spleśniał.

W jakim celu robimy sobie ocet jabłkowy, jakie ma właściwości i na co działa?
O właściwościach octu jabłkowego można by pisać wiele. Jest to coś co powstaje z naszych lokalnych składników - jabłek i naturalnego miodu. Jest to coś naszego, a nie coś co jedzie z drugiego końca świata. Dany produkt z końca świata może nam pomagać, ale i niekoniecznie to robić.
Ocet jabłkowy wzmacnia nerki. Wiadomo przecież nie od dzisiaj, że nerki to fundament człowieka, a silne nerki to silny organizm. Czy ktoś z nas nie słyszał od swoich babć, żeby przykrywać nerki i ich nie wychładzać. A jeśli będziemy sobie wzmacniać nerki - nie będziemy się też przeziębiać.  Gdy wzmocnimy nerki, ciepła krew  będzie płynąć po organizmie i nie będziemy chorować.
Możemy sobie pić taki ocet zapobiegawczo przeciwko grypie i przeziębieniu 2-3 łyżki dziennie (rozcieńczając w szklance wody).
Ocet jabłkowy zaleca się osobom z problemami krążenia, z żylakami.
Od czasu do czasu można sobie zrobić kurację oczyszczającą octem jabłkowym (pozbędziemy się wtedy z organizmu złogów - nie mam tu na myśli tylko złogów reumatycznych).
Ocet jabłkowy ma witaminy, mikroelementy, spore ilości potasu (który wzmacnia serce, naczynia krwionośne i jest dobry na krążenie).


 Jak zrobić ocet jabłkowy ?
Na ocet potrzebne nam będą:
jabłka (powyżej w poście pisałam jakie jabłka na ocet)
1 łyżka naturalnego miodu na każdą szklankę wody
dobra woda (nie kranówka, nie woda z butelki plastikowej) - pisałam już o o wodzie jaką pijemy !!!

Mogą być obierki z jabłek. Same jabłka możemy sobie przesmażyć na przetwory lub upiec ciasto. Ja tym razem dałam całe jabłka.
Wrzuciłam jabłka do słoja. Zalałam chłodną, przegotowaną wodą, na każdą szklankę wody, dałam łyżkę wody (zawsze daję łyżkę miodu na szklankę wody).
Zawsze też zostawiam taki słój od 3 do 6 tygodni. Nawet może stać i 2 miesiące. Dłużej stojący ocet nie fermentuje.
 * Jeszcze lepszy ocet będziemy mieć  - jeśli będziemy go robić latem i wystawiać go na słońce. Taki ocet będzie przenikać energia słoneczna (będzie się nam taki ocet gotował na słońcu).
Po zlaniu octu trzymamy go w chłodnym miejscu (lodówka, piwnica) - bo nam się popsuje.
* jeśli ocet jest mętny (nic to nie przeszkadza), po zlaniu, odstaniu, osad opadnie i ocet stanie się klarowny.
Słój przykrywam gazą (po to gazą, żeby zawartość słoja miała dostęp do powierza) i obwiązuje go gumką. Latem jest to jak najbardziej wskazane (owady, muszki owocówki).
  
W sieci zapewne napisane jest wiele o occie jabłkowym. Widziałam jak wielu zachwala gotowe octy jabłkowe (tej firmy jest dobry, a tej nie!). Takie octy nie będą mieć w życiu takich właściwości jak te zrobione w domu. Dla wielu firm czas to pieniądz, im szybciej się coś wyprodukuje tym lepiej !
Zrobienie octu jabłkowego w domu - to żaden problem.
Dobre niepryskane jabłka + dobry naturalny miód + czas fermentacji = dobry domowy ocet jabłkowy.

Z tego co pisałam wyżej wiadomo już, że ocet jabłkowy jest  wielofunkcyjny.
Wspomniałam ogólnie na co korzystnie on działa. Na bazie octu jabłkowego możemy robić przetwory, dodawać do potraw, stosować zewnętrznie lub jako baza domowych kosmetyków.

My ocet pijemy, profilaktycznie, wykorzystuję go do wszystkiego w kuchni (zastępując sobie nim ocet spirytusowy). Robię przetwory, dodaję do domowych kosmetyków.
Do czyszczenia, sprzątania, wykorzystuję spirytusowy - szkoda by mi było jabłkowego, który robię na dobrym naturalnym miodzie, który nie jest najtańszy!

Jeden z moich rozpraszaczy :).

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

chemiczne jedzenie - ja takiemu mówię nie ! (wszystko co najlepsze pochodzi od Matki Natury) :)

Wchodząc na jakikolwiek supermarket - czuję się jak jakiś "alien". Niestety czasem muszę się tam wybrać ! Przemierzam półki, oglądam i czytam etykiety. Czasem zdarzy mi się wrzucić coś do koszyka.
Pamiętam pewnego dnia wyszłam po jedną rzecz na pobliski market.  Po trochę dłuższej chwili wróciłam.
 - Co tak długo ? - spytał ze zdziwieniem mój Pan.
- Czytałam etykiety nowych trutek, które dostawili na półki ! - odparłam.
- I co ciekawego się dowiedziałaś ?
- ......................... - brzmi moja dłuższa odpowiedź.
Kropki to zazwyczaj długa lista tego co zazwyczaj wyczytałam na etykietach produktów.
Tak w dzisiejszych czasach - nawet bazowe produkty, które muszę kupić (niestety!) mają dosypane często różne specyfiki !


Blog to było miejsce gdzie uczyłam się gotować ! Nadal chcę gotować, w tej kwestii, raczej nic mi się nie zmieni :).
Ale chcę pisać, o swoich przemyśleniach. Myślę, ze wielu ludzi już skłania się  w stronę Matki Natury. Ale wielu musi się jeszcze obudzić z tego otumanienia. Telewizja,  radio reklamy robią nam wodę z mózgu !  
Kto z nas nie słyszał z telewizji, radia - na temat nie zdrowej żywności, o barwnikach i konserwantach do nich dodawanych oraz o literkach E, którymi żywność jest oznakowana. Lista E -składników jest spisem wszystkich chemicznych dodatków do żywności.
Każdy powinien zdawać sobie sprawę, że nie wszystko jest zazwyczaj napisane na etykietach. Wszystko można obejść (czasem kary i grzywny w stosunku do sprzedanego towaru - to są po prostu dla firm i koncernów grosze do zapłacenia).
Stworzyli nam słynną listę E - składników, ale cóż z tego ?
Niby, żeby kontrolować producentów żywności (i nie tylko), żeby używali substancji chemicznych, które nie będą nam szkodziły, oraz nie będą nam niszczyły zdrowia. Ale wszystko jest tak zorganizowane, żeby nas zewsząd truć !

Substancje chemiczne są dodawane do żywności, żeby:
poprawić smak i zapach (dodatki do żywności, które ja dodaję w domu  do jedzenia - to sól, cukier, miód i przyprawy - to wystarczy dodać, żeby coś można było zjeść) !A czasem do czegoś nie potrzebna żadna przyprawa, żaden dodatek, bo czasem coś jest smaczne samo w sobie. W sklepowych produktach znajdziemy słodziki, aspartam, syrop - glukozowo - fruktozowy itd.
* zmienić konsystencję - czyli dorzucić wypełniaczy, żeby wypełniacz poudawał coś czym nie jest np. - białko sojowe (jest gęste, nie ma dominującego smaku, dobrze wchłania wodę). Białko sojowe idealnie udaje atrapę mięsa.
* dla koloru - przecież je się oczyma, bardziej kolorowe, przyciągnie uwagę i ciekawiej  będzie wyglądało.
* dla przedłużenia terminu przydatności -w domu, żeby sobie przedłużyć termin spożycia - mrożę, przetwarzam coś, marynuje, konserwuje, pasteryzuje, suszę - do tego nie są potrzebne sztuczne konserwanty !

Nie będę pozytywnie patrzeć na chemiczne dodatki na opakowaniach produktów - Wszędzie głoszą  - Czytaj etykiety!, Oczywiście robię to - Czytam  etykiety i odkładam produkt na półkę. Odkładam bo nawet jak skład jest bez dodatków - to produkt znajduje się w plastiku (najgorszy jest ten z bifenolem A). 
Ale od pewnego czasu można zauważyć na opakowaniach - napisy - BPA FREE, czyli wolnych od bisfenolu A ... (mnie trudno w to uwierzyć !) Najpierw naprodukowali szkodliwego plastiku, a teraz produkują w drugą stronę - teraz nastał czas tego nieszkodliwego.
Substancje i związki chemiczne (dodawane nie tylko do żywności) zostały przecież uznane za bezpieczne przez specjalistyczne instytucje Unii Europejskiej i dozwolono ich użycia do celów spożywczych i zabrano w słynną listę E.
Ale ja się znów zapytam - cóż z tego ?Nie mam zaufania do czegokolwiek co pochodzi od jakichkolwiek instytucji i rządów. Kiedyś nie było dodatków do żywności - taką żywność bez dodatków  się jadło i ludziom nic nie było. Byli zdrowsi, nie było tylu zachorowań na raka i alergii...

Wielu może powiedzieć, że na chemię wokół nic nie poradzimy.
Dla mnie nie jest to takie oczywiste. Nad wszystkim nie zapanuje.
Nawet jeśli kupuje dany produkt - warzywo, owoc - nie wiem gdzie to rosło itd. - jak bardzo jest spryskane środkami ochrony roślin. Na pewno kupię to co jest brzydsze, ubłocone na targu - niż to co jest wypucowane i nawoskowane ! Przynajmniej wybiorę mniejsze zło (tak mi się przynajmniej wydaje).

 Ja robię kluski, pierogi, soki, przetwory i próbuje piec chleb (z różnym skutkiem). Wiem w tym czasie mogłabym robić inne rzeczy. Ale czyli co - runda po galeriach - bo wyprzedaże, bo nie mam tego czy tamtego, kawka z koleżanką i ponarzekanie na wszystko wokół! albo pooglądanie telewizji (która tylko podniosłaby mi ciśnienie), albo pobawiła się w internetowego trolla (poobrażała innych, bo tu mogę bo nikt mnie nie widzi).:)
Świat jest piękny, należy tylko dostrzegać drobnostki dnia codziennego.
Bo w dzisiejszym świecie, każde jutro może być niepewne.

Jeszcze jedno - moja refleksja ostatnich tygodni - wiele stron o gotowaniu, ludzie na nich nie mają pojęcia o gotowaniu. Byle wrzucić zdjęcie, które ma zrekompensować przepis. Albo iść z trendami - hity ostatnich czasów bezglutenowe, bez mleka, bez jajek, bez cukru. Był okres diety Dukana, przepisy na różne jej fazy. Tak samo jak zrobiło się cicho o diecie Dukana - tak samo zrobi się cicho na temat obecnych diet.

Wiem wszyscy są zabiegani, na zdrowe gotowanie nie mamy czasu, a na głupoty, ale i owszem ! Skąd mamy mieć siły na cokolwiek, jeśli nie dostarczymy do organizmu dobrego, odpowiedniego pokarmu.
Kiedyś kobiety miały więcej na głowie i musiały więcej ogarniać ! :).

niedziela, 19 kwietnia 2015

nasiona chia - kolejna moda ? (chia versus siemię lniane)

Na wielu blogach, stronach w sieci mnożą się przepisy na specyfiki, desery z dodatkiem nasion chia. Nie ważne czy są to blogi gotujących wszystko, wegańskie, wegetariańskie, osób piszących o sporcie.
W prawie każdej kuchni goszczą nasiona chia !
Nieważne, że nasiona chia jadą z drugiego końca świata (gdzie tu miejsce na inteligencję ekologiczną). Bo na deser nie można sobie zrobić domowego kiślu, wypić domowego kompotu! - pudding z nasion chia lub z tapioki to jedna z wielu opcji deseru w nowoczesnej wersji.  
Nasiona chia z drugiego kontynentu można sobie zastąpić naszym siemieniem lnianym. Ale dla co poniektórych, nie ważne co wybierzesz - zarówno chia jak i siemię to przecież dobry wybór!. Nie neguje dobroczynnych i leczniczych właściwości nasion chia.
Ale jest zawsze jakieś ale ? Pomidory, ogórki, sałata całą zimę, truskawki w marcu - wszystkiego do wyboru do koloru. Nie żyjemy zgodnie z porami roku, pożywienia mamy pod dostatkiem o każdej porze roku (z każdego zakątka świata, nie ważne też, że czasem nie ma ono żadnych wartości odżywczych). Na koniec nie doceniamy tego co mamy pod nosem, a gonimy za egzotycznymi nowinkami. Czy warto każdy niech sam zada sobie to pytanie ? Jeszcze jedna kwestia - żywność w wielu państwach jest napromieniowywana (jeśli ktoś się nie zapoznał jeszcze z pojęciem Codex Alimentarius - to najwyższa pora to zrobić!).
Nie ważne, że bardzo często jemy - niby zdrowe produkty, które zapakowane są w plastik (czy ktoś zwraca na to uwagę ?, tak znów napomykam o plastiku!). Wielu wygodniej jest kupić gotowy produkt - bo jest szybciej, łatwiej i wygodniej.
Dla wielu ważne, żeby produkt był bez mleka, bez glutenu, bez jajek - i na koniec, żeby był ładnie zapakowany. Jesteśmy współcześnie bardzo leniwi i programowani zewsząd !
Jeśli już poposiłkujemy się po powrocie z pracy gotowym jedzeniem, wtedy pooglądamy ogłupiające programy w telewizji - lub ruszymy na siłownię (odchudzać się lub budować masę mięśniową), albo ponarzekamy na nudę.


Ale do rzeczy - bo odbiegłam od tematu - miało być o nasionach chia i siemieniu lnianym :).

Wierzę, że nasiona chia - mają właściwości lecznicze. Bo nasze siemię lniane też je ma. Ale właściwości lecznicze ma przecież bardzo wiele roślin na Ziemi. Często różne rośliny mają podobny skład lub właściwości lecznicze. Każdy region na Ziemi ma swoją florę - rośliny charakterystyczne dla danego obszaru. W Ameryce Południowej mają nasiona chia - my mamy siemię lniane.
 Chia stanowiła przez wieki podstawę lokalnej diety Azteków czyli mieszkańców Ameryki Południowej. Nadal nasiona używa się w Meksyku i Gwatemali.
W wielu krajach się uprawia chia - m.in Meksyk, Ekwador, Boliwia, Argentyna, Gwatemala.
Nasiona chia były podobno podstawowym pożywieniem dla Indian z południowo- zachodniej części dzisiejszego Meksyku.

Len uprawia się w strefie umiarkowanej kuli ziemskiej, rzadziej w tropikach. U nas uprawiało się i uprawia len (ale odchodzi się od tego, bo jak zwykle się nie opłaca)!. Olej lniany, siemię lniane - to są nasze lokalne produkty.
Siemię lniane, olej lniany - to cenne surowce lecznicze (o siemieniu napiszę osobny post). Olej lniany dobry jest nie tylko jako dodatek do potraw, ale służy do nacierania i sporządzania maści.

Podobieństwa nasion lnu i nasion chia - z jednych i drugich robi się olej. Słowo chia - pochodzi od słowa "chian" co w języku nahuati znaczy oleisty.

Ogólnie o tym co zawierają nasiona chia i siemię lniane :
Nasiona chia
Zawierają witaminy E, B1,B3, wapń, fosfor, magnez, żelazo, cynk, niacynę. Ma dużą ilość białka oraz błonnika.
Są również dobrym źródłem kwasów tłuszczowych - omega 3 i omega 6.

Siemię lniane
Zawiera witaminę E, witaminy z grupy B, magnez, żelazo, cynk, wapń. Ponadto fitosterole, lecytynę, flawonoidy oraz błonnik.. Len charakteryzuje się dużą zawartością oleju ze wszystkich roślin - zawiera największą ilość pod względem procentowym obu niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT) to znaczy kwasu linolenowego (omega-3) i kwasu linolowego (omega-6).

Zawierają praktycznie to samo, nie będę się zagłębiać czego proporcjonalnie  nie ma jedno, a ma drugie - bo nie jest to, aż takie istotne !
Producenci mogą pisać sobie różne rzeczy na opakowaniach (czasem jest to to co im pasuje najlepiej i działa na ich korzyść).
Tak samo jak są różne odmiany lnu, tak samo są i różne odmiany chia. Na wartość odżywczą produktu - wpływa klimat, warunki pogodowe, gleba itd.

Nie miałam zamiaru pisać tu o wyższości chia nad siemieniem, ani siemienia nad chia. Chciałam tylko zwrócić uwagę, że często to co lokalne jest często zapominane, bo często ulegamy modom.
Skąd mój pomysł porównania siemienia i chia ?
Jedne i drugie reaguje tak samo - kiedy zaleje się je wodą, pęcznieje i powstaje galaretowata konsystencja. Mnie po prostu oświeciło !
Zaczęłam sprawdzać i szukać. Pomyślałam sobie, że jeśli zachowują się tak samo zarówno chia jak siemię to może mają coś wspólnego ? Potwierdziłam swoje spostrzeżenia i przypuszczenia - są prawie podobne ! Dowiedziałam się też, że porównano już sobie jedno i drugie  (o czym nie wiedziałam) - ja w szczególiki nie będę się, aż tak zagłębiać, bo aż tak istotne to dla nie jest.

 Siemię lniane stosujemy w naszej diecie (od bardzo dawna).
Nie od dziś znany jest kleik z siemienia lnianego jako środek na osłonę przewodu pokarmowego. Ja dodaję zmielony do posiłków i stosuje jako składnik kosmetyczny (peeling, maseczka itp.)
 Wspominałam już na blogu,  że oboje ćwiczymy, więc chia nabyliśmy jako ciekawostkę. Pierwszy raz o chia przeczytaliśmy w książce "Urodzeni biegacze" (było to zanim zaczęły się pojawiać przepisy z nasionami chia w sieci).

niedziela, 12 kwietnia 2015

jak odsmażyć pierogi ? (po babcinemu)

Tak jak pisałam, miałam w planach ruskie pierogi z sera domowej produkcji. Plany zrealizowałam wczoraj, lepiłam pierogi cały wieczór. Wczoraj zjedliśmy je takie prosto z wody z duszoną cebulką.
Dziś resztę odsmażyłam na rumiano na tłuszczu z obu stron.
 
Wielu pewno pamięta takie obsmażone pierogi ze swoich domów rodzinnych. Nie ważne czy były one serwowane przez nasze babcie czy mamy.
Nie ważne czy były (nadziane mięsem, kapustą i grzybami, ziemniakami i twarogiem) zawsze były później przysmażane na tłuszczu (często z dodatkiem skwarek). A jeśli były to pierogi w wersji na słodko przysmażane były  na maśle i posypane cukrem.
Dla wielu takie pierogi to smak dzieciństwa i wspomnienie domu rodzinnego.
 
Wykonanie:
Wlewam na patelnię odrobinę tłuszczu (u mnie tym razem tłuszcz z gęsi ze skwarkami). Czekam, aż się rozgrzeje i wrzucam pierogi.
Przysmażam pierogi najpierw z jednej, później z drugiej strony. Mają być mocno przyrumienione z obu stron. Podałam je z wiejskim zsiadłym mlekiem.

sobota, 11 kwietnia 2015

tłuszcz z gęsi ze skwarkami

Co jakiś czas następuje atak na tłuszcze zwierzęce. Wmawia nam się, że tłuszcze odzwierzęce to winowajcy złego cholesterolu, chorób cywilizacyjnych i otyłości. Dla mnie nic bardziej mylnego.
Wszystko to - to nic innego jak propaganda koncernów farmaceutycznych, żeby opylić nam leki na m.in za wysoki cholesterol. Koncerny farmaceutyczne  mają tylko korzyści z tego, że człowiek (pojedyncza jednostka w tym wszystkim) zapada na choroby. Kolejne choroby na które zapadają ludzie to dla koncernów kolejne źródła zysków.
Nasi przodkowie - babcie, dziadkowie - nie myśleli o takich rzeczach jak sproszkowany błonnik do jedzenia, porcja warzyw i owoców pięć razy dziennie, ciasteczka z błonnikiem, koktajle ze składników, które przyjechały z drugiego końca świata.
Kiedyś jedzono to co się wyhodowało w zagrodzie i wyrosło na polu czy w sadzie.
Kiedyś tłuszcz był jedzony (zdrowy tłuszcz). Kiedyś ludzie ciężko pracowali i po prostu tłuszcz, który spożyli spalali.
Dziś przesiadujemy po przyjściu z pracy (często praca jest siedząca) - przed telewizorem, komputerem, wżerając produkty z przetworzonymi tłuszczami.
Dzisiejsze czasy to kurczak żyjący w klatkach, tuczony sterydami, jedzący samą chemię, gotowy do uboju po 6 -8 tygodniach.
Współcześni "kulturyści" - pochłaniają (głównie piersi z takich kurczaków, jako dobre źródło białka) :). Paranoja jakaś !

Jeszcze jedna ważna kwestia - kwasy tłuszczowe nasycone i nienasycone, które występują w tłuszczu gęsim występują one (w  nim w niezmienionej postaci) nawet jeśli ten tłuszcz podgrzejemy do ponad 200 stopni Celcjusza.

Poruszę tu jeszcze kwestię olejów, które stoją na półkach w supermarketach - wszystkie nadają się jedynie, aby je wylać do ścieku.  Często stoją one na słońcu (w przezroczystych butelkach), w plastiku. Jak takie coś może mieć jakąkolwiek wartość odżywczą dla naszego organizmu. Dodatkowo takie tłuszcze w temperaturze wyższej niż temperatura pokojowa zamieniają się w związki kancerogenne.
Wspomnę tu jeszcze, że groźne dla nas są tłuszcze trans (czyli utwardzone tłuszcze roślinne). Znajdują się one w ciasteczkach, frytkach, oraz w różnego rodzaju margarynach (które są tylko z nazwy zdrowe). U nas w Polsce nie ma obowiązku umieszczania informacji,  na opakowaniu produktu, że zawiera on tłuszcz trans.

Co do spożywania tłuszczu mam tu na myśli grupę etniczną jak Eskimosi - jedzą tłuszcz (nieprzetworzony), nie mają tam warzyw, owoców - nie dopadają ich m.in zawały.

Tłuszcze pochodzenia naturalnego są zdrowe.
 Ale nie napiszę jedzmy tłuszcz.
Napiszę za to zdrowy tłuszcz, pochodzenia naturalnego + ruch to jest nieodzowne połączenie.

Składniki:
tłusta skóra i tłuszcz odkrojony od gęsi (ja miałam jeszcze kawałki tłuszczu, który odkroiłam od królika)

Wykonanie:
Tłuszcz i kawałki skór z gęsi oraz tłuszcz z królika, kroję w kostkę.
Wrzucam do rondla i wytapiam wszystko, aż powstaną skwarki. Przelewam do słoika lub kamionki. Odstawiam w chłodne miejsce.

Do czego wykorzystać taki tłuszcz ?
* jako okrasa do klusek, pierogów,
* dla smaku do zup (dodawać po łyżce),
* usmażyć na nim jajecznicę.

piątek, 10 kwietnia 2015

kaszotto z mięsem z królika

W kuchni włoskiej mamy risotto, potrawę tą często gotuję w mojej kuchni (w różnych wersjach). Czasem robię coś podobnego do risotta, zastępując ryż, kaszą.
 Jeśli jest risotto, którego bazą jest ryż.  Może więc być i kaszotto, którego bazą będzie kasza.
Tyle ile jest wersji risotta, na pewno nie mniej znajdziemy wersji kaszotta.
Dziś u mnie moja wersja kaszotta (z kawałkami mięsa króliczego).
Miałam podroby z królika (wątroba, serce, nerki) i kawałek combra (środkowa część tuszki królika). Oprócz tego został mi z wczoraj rosół. Rosołki gotuję ostatnio bardzo często, raczymy się nimi na rozgrzewką.
Bo choć czuć już wiosnę  w powietrzu, przed południem robi się coraz cieplej - to jednak ranki i wieczory są jeszcze chłodne.

Mając kawałki mięsa króliczego, domowy rosół oraz kaszę jęczmienną - nie mogło powstać nic innego jak moja wersja kaszotta.
Moje kaszotto, może i wygląda mało apetycznie i buro na talerzu.
Mogę napisać, że było smaczne. Mój Pan, kończąc opróżniać talerz stwierdził : Dobre było, szkoda, że już nie ma :).

Składniki:
około litra bulionu drobiowego (z mięsa ekologicznego)
kawałki mięsa króliczego (ja miałam podroby - wątroba, nerki, serce) oraz mięso z combra
dwie średnie cebule
kubek kaszy jęczmiennej (ja miałam drobną)
łyżka tłuszczu (ja miałam wytopiony z ekologicznej kaczki)
ostra papryka do smaku

Wykonanie:
Mięso płuczę, kroję na mniejsze kawałki. Mięso z combra, odkrawam od kości i kroję na mniejsze kawałki (w kostkę).
Kość od combra, zostawiam - na takich kościach gotuję buliony.
Cebulę obieram i kroję w kostkę, przesmażam na złoto na łyżce tłuszczu. Do zeszklonej cebuli, dorzucam mięso - przesmażam je.
 Do przesmażonych: mięsa i cebuli - wrzucam kaszę.
Następnie stopniowo podlewam zawartość rondla bulionem. W miarę jak kasza wchłania bulion, cały czas go dolewam (aby nic nie przywarło do dna). Bulion dolewam do czasu, aż kasza przestanie go wchłaniać.
 Na koniec doprawiam wszystko ostrą papryką. 
Kaszotto podałam z marynowaną papryką.

czwartek, 9 kwietnia 2015

domowy twaróg z ziołami i suszonymi pomidorami

Dawno temu na blogu już było o tym jak zrobić domowy twaróg.
Tym razem miałam do przerobienia ponad 10 litrów  wiejskiego mleka (takiego prosto od krowy). Oczywiście zrobiłam z niego twaróg. Jedliśmy go na śniadanie na słodko z miodem.
 W trakcie robienia twarogu (zanim go całkowicie odcisnęłam) - kawałek oddzieliłam i wymieszałam z ziołami i suszonymi pomidorami. Taki twaróg nie odciśnięty całkowicie łatwiej jest wymieszać z dodatkami. Twaróg na słono powstał dla urozmaicenia (w kontrze dla wersji na słodko).
A z reszty twarogu, której jeszcze nie zjedliśmy zrobię ruskie pierogi.

 Składniki:
minimum litr wiejskiego mleka prosto od krowy 
kilka suszonych pomidorów (u mnie domowej produkcji, moje były z oleju)
suszone zioła - tym razem dosypałam bazylii i oregano (wedle uznania)
sól himalajska do smaku
 
Wykonanie
Mleko przelałam do glinianego garnka. Odstawiam w ciepłe miejsce, żeby się zsiadło.
Jak wygląda zsiadłe mleko ? Jest gęste i da się go "kroić".
Gotowe zsiadłe mleko - przelałam go do garnka. Garnek z zsiadłym mlekiem ustawiłam na gazie (bardzo mały ogień). Ogrzewałam zsiadłe mleko (mleko ma być  ciepłe, nie doprowadza się go do zagotowania).
UWAGA ! Im dłużej będziemy ogrzewali mleko, wtedy twaróg będzie zbity i suchy.
Ogrzaną mieszaninę wylałam na sitko wyłożone gazą i odstawiłam do odsączenia (można także sobie odcisnąć rękoma, zawartość gazy).
To co uzyskujemy z odsączenia sera na sitku to serwatka.
Jak już większość płynu obciekło - wymieszałam mój twaróg z dodatkami (tym razem u mnie zioła, suszone pomidory i sól). Wyjęłam gazę z sitka, jej końce mocno skręciłam i odcisnęłam resztki serwatki z twarogu.
Dodatki dodać jeśli ser obcieknie, ale jego konsystencja nie jest całkowicie zwarta - wtedy łatwiej jest wymieszać twaróg z dodatkami.
 Można twaróg wstawić do lodówki na kilka godzin, żeby się całkowicie ściął i miał odpowiednią konsystencję.

środa, 8 kwietnia 2015

"Smak curry" czyli epistolarna historia pełna subtelnych emocji dwojga obcych sobie ludzi

"Smak curry" - miałam zamiar obejrzeć już jakiś czas temu.
Nie wiedziałam o czym jest film. W drugi dzień świąt budząc się znów około godziny czwartej rano (nie mogłam spać, za to mój Pan spał jeszcze smacznym snem), bo co można robić o tej godzinie ?.
Nie chciałam go budzić smugą światła z lampki nocnej, włączyłam laptop, założyłam słuchawki na uszy, siadłam na łóżku, aby ekran nie odbijał światła i zaczęłam swój seans.
Nastawiłam się na barwne, lekkie kino w indyjskiej scenerii.
Jednak z kolejnymi minutami filmu, dziwiłam się coraz bardziej.
Film był z tych, które skłaniają do refleksji (lubię takie filmy).
Lubię także filmy ze stonowanym, spokojnym obrazem - ten obraz taki był.
Chciałam obejrzeć ten film, także ze względu na wątek kulinarny. Jednak oglądając go przekonałam się, że jedzenie to dalszy plan, tło filmu. Poruszone zostały w filmie ważniejsze aspekty naszego życia - jak samotność w małżeństwie, choroba czy starość. Nie jesteśmy też przytłaczani chorobą podczas oglądania filmu (chorujący ojciec czy  czy wujek Ili - słyszymy tylko głos ciotki) - pokazane nam jest, że starość wiąże się z chorobą. Reżyser taktownie przedstawia to co często jest nieodłącznym elementem starości czyli chorobę (nie epatuje tym wszystkim widza).
Miejscem akcji są Indie - ale sytuacje życiowe pokazane w filmie, z nimi mierzy się każdy, lub będzie musiał się  z nimi zmierzyć.
Samotność w związku (z tym musi się mierzyć bardzo wiele osób)!
Starość - ten etap życia, jeśli ktoś go dożyje, nie minie go.
Moje refleksje - starości się nie boję, z samotnością na różnych etapach życia - musiałam walczyć (na pewno jest ciężko, ale można sobie dać z tym radę). Myślę, że od starości gorsza jest samotność. To takie moje dywagacje i przemyślenia poza nawiasem po obejrzeniu filmu ...
"Smak curry" - miałam zamiar obejrzeć już jakiś czas temu.
Nie wiedziałam o czym jest film. W drugi dzień świąt budząc się znów około godziny czwartej rano (nie mogłam spać, za to mój Pan spał jeszcze smacznym snem), bo co można robić o tej godzinie ?.
Nie chciałam go budzić smugą światła z lampki nocnej, włączyłam laptop, założyłam słuchawki na uszy, siadłam na łóżku, aby ekran nie odbijał światła i zaczęłam swój seans.
Nastawiłam się na barwne, lekkie kino w indyjskiej scenerii.
Jednak z kolejnymi minutami filmu, dziwiłam się coraz bardziej.
Film był z tych, które skłaniają do refleksji (lubię takie filmy).
Lubię także filmy ze stonowanym, spokojnym obrazem - ten obraz taki był.
Chciałam obejrzeć ten film, także ze względu na wątek kulinarny. Jednak oglądając go przekonałam się, że jedzenie to dalszy plan, tło filmu. Poruszone zostały w filmie ważniejsze aspekty naszego życia - jak samotność w małżeństwie, choroba czy starość. Nie jesteśmy też przytłaczani chorobą podczas oglądania filmu (chorujący ojciec czy  czy wujek Ili - słyszymy tylko głos ciotki) - pokazane nam jest, że starość wiąże się z chorobą. Reżyser taktownie przedstawia to co często jest nieodłącznym elementem starości czyli chorobę (nie epatuje tym wszystkim widza).
Miejscem akcji są Indie - ale sytuacje życiowe pokazane w filmie, z nimi mierzy się każdy, lub będzie musiał się  z nimi zmierzyć.
Samotność w związku (z tym musi się mierzyć bardzo wiele osób)!
Starość - ten etap życia, jeśli ktoś go dożyje, nie minie go.
Moje refleksje - starości się nie boję, z samotnością na różnych etapach życia - musiałam walczyć (na pewno jest ciężko, ale można sobie dać z tym radę). Myślę, że od starości gorsza jest samotność. To takie moje dywagacje i przemyślenia poza nawiasem po obejrzeniu filmu ...
Na początku filmu myślałam, że wolna akcja filmu będzie mnie denerwować. Zaczęłam się zastanawiać, ale o co chodzi ? ale te wszystkie powolne sceny tylko nadawały uroku obrazowi.....przez nie reżyser chciał pokazać odczucia bohaterów.
Czy wszystko musi być dynamiczne, szybkie ?! Mnie czasem ten wszechogarniający dynamizm, robienie wszystkiego w pośpiechu i niedbale w wielu przypadkach wnerwia. Znów mi się nasuwają myśli kiedyś na wszystko był czas i pora. A dzisiaj byle szybko, byle jak i takie często jest nasze życie tu i teraz.....byle jakie!

 Myślę, że pora przejść do rzeczy i skreślić kilka zdań na temat fabuły filmu w celu zachęcenia do obejrzenia.

"Smak curry" - opowiada o młodej mężatce, zaniedbywanej przez męża (można o nim powiedzieć zadufany w sobie gbur). Rozumiem zmęczenie pracą, zmęczenie powtarzalnością każdego dnia - ale to nie powód, aby nie okazać ani odrobiny uczucia bliskiej osobie, małżonkowi! Dla mnie jest to niepojęte, a takie w dzisiejszych czasach na porządku dziennym.
Ila spędza całe dnie w domu, wychowując córkę i zajmując się domem. W celu podgrzania atmosfery w swoim małżeństwie i poprawienia w nim relacji - przygotowuje dla swojego męża specjalne potrawy na obiad.
W Indiach istnieje coś takiego jak Dabbawala (w dosłownym tłumaczeniu: osoba niosąca pudełko). Obiady dostarczane są z domów do biur przez Dabbawala (czyli posłańców jedzenia w lokalnym, skomplikowanym systemie dostarczania jedzenia).
System, który podobno nigdy nie zawodzi, tym razem zawiódł.
Jedzenie zamiast do męża Ili trafiło do samotnego wdowca Saajana ? Ila podejrzewając, że jedzenie z jej menażek zjadł ktoś inny niż mąż. Następnym razem do menażek obok jedzenia wrzuca liścik. Tego samego dnia dostaje odpowiedź od nieznajomego...

On uwięziony w przeszłości (wdowiec), pracujący jako księgowy, mający przejść na emeryturę. Ona młoda mężatka, nieszczęśliwa w swoim małżeństwie. Oboje jakby nie patrzeć to więźniowie swojego życia. Nie można szufladkować tego filmu  tylko do społeczności indyjskiej - ja widzę w nim uniwersalizm, nie ważne gdzie mieszkasz, możesz być więźniem swojego losu i swojego życia! Oryginalna forma porozumiewania się dwojga ludzi, oparta na formie pisanej - świetny pomysł w dzisiejszym świecie maili i smsów.
 Film uświadamia nam jak czasem potrzebna jest nam bliskość drugiej osoby i choć odrobina zrozumienia.
Na drodze do szczęścia tych dwojga staje przekonanie Saajana, że jest za stary na jakiekolwiek zmiany w życiu. Przeszkodą są też sztywne konwenanse obyczajowe  jakie panują w Indiach.
Reżyser przyjął otwartą formę zakończenia filmu....
Dzięki takiemu zakończeniu film staje się jeszcze bardziej refleksyjny.
Jest to kino indyjskie, jeśli jednak ktoś spodziewał się filmu w stylu boolywood, mile się zaskoczy. Ten film wpasował się świetnie w standardy kina europejskiego. Na pewno film warty uwagi.


wtorek, 7 kwietnia 2015

prosty sernik z kremem cytrynowym

Ciasto tym razem miało być dla nas dwojga - jednym z  niewielu wyjść to sernik. 
Do tego sernika nie dodałam, ani odrobiny masła,  więc wyszedł mało wilgotny. 
Jednak równowaga w efekcie końcowym została zachowa, bo krem cytrynowy, którym posmarowałam jego wierzch miał w swoim składzie wystarczająco masła.
Sernik jak  najbardziej odpowiedni do filiżanki kawy i dobrej książki.
Składniki:
1 kg sera białego mielonego
5 jajek ekologicznych
około 3/4 szklanki cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej

 Wykonanie:
Oddzielam białka od żółtek. Białka ubijam na sztywną pianę. Do ubitych na sztywno białek dodaję żółtka, cukier i mąkę ziemniaczaną. Ubijam, żeby wszystkie składniki się połączyły. Na koniec dodaję po łyżce twaróg - dokładnie wszystko miksując (na najwyższych obrotach, żeby nie napowietrzyć ciasta, bo opada później w piekarniku). Masę sernikową, zmiksowaną na jednolitą konsystencję - wylewam do tortownicy, której dno smaruję uprzednio odrobiną masła i posypuję odrobiną kaszy manny.
Mój sernik siedział w piekarniku około 50 minut w 180 stopniach Celcjusza. Sernik studzę jak zawsze przy uchylonych drzwiach piekarnika.
Sernik podałam z kremem cytrynowym.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...