poniedziałek, 30 marca 2015

rosół z gołębi na kaszy jaglanej - w prostocie siła


Z każdej strony bombardują nas wszelkiego rodzaju specyfikami. Żywność niby zdrowa, a pakowana w plastik - a plastik to trucizna - będę tak uważać i tak uważam !!!. Co i raz słychać o kolejnych specyfikach i panaceum na wszystko. Takich nie ma. Umiar we wszystkim to wystarczy. Odnosi się to do wszystkich dziedzin życia.

 Ugotowałam wczoraj rosół na wiejskich gołębiach - rozgrzał nas po spacerze z psami.
Dla mnie rosół na wiejskim mięsie - to jest najlepsza rzecz na rozgrzanie i wzmocnienie. Ktoś może stwierdzić tłusty - ale ten tłuszcz jest zdrowy !!!
Idąc dalej taka myśl mi się napatoczyła - Czy kiedyś kobieta np. po porodzie  piła na wzmocnienie surowy sok owocowy? czy może przygotowywała sobie zielony koktajl. Nie bardzo chyba! Ona musiała się rozgrzać, wzmocnić zregenerować w ekspresowym tempie, Musiała wstać bo czekało ją ogarniecie wszystkiego wokół, a i często bywało, że musiała się zająć gromadką dzieci, którą już posiadała !!! Czy mężczyźnie wracającemu z wojny - żona czy kobieta serwowała soki czy inne wzmacniające specyfiki. Nastawiała gar rosołu - to wszystko !!!
 Tym razem do mojego rosołu dosypałam kaszy jaglanej, która jest naturalnym antybiotykiem. Jeśli w mojej kuchni ma być rosół z makaronem to jest on  z  domowym makaronem jajecznym.
Ja już się wprawiłam w przygotowywaniu domowego makaronu i sięgając kilka lat wstecz nawet był nie pomyślała wtedy, ze będę go robić sama w domu. Ale lubię taka pracę u podstaw i karmienie bliskiej mi osoby tym co lubi i zdrowo.
Mięso gołębie jest lekkostrawne i łatwo przyswajalne przez organizm, szczególnie polecane dla dzieci i rekonwalescentów. Popularne było w wielu regionach Polski. Mam nadzieję, że wróci do łask :).

Dzisiejszy rosół z gołębi z dodatkiem starej poczciwej kaszy jaglanej (która wraca do łask) - jest dla mnie powrotem do korzeni. Dlatego pożywiłam się nim z oldskulowej, metalowej miski :). Taka miskę pamiętam z kuchni mojej babci :).
Dla mnie dzisiejszy wpis to pokłon w stronę korzeni.
Składniki:
4 gołębie z wiejskiej zagrody
2 marchewki
pietruszka
kawałek pora
kawałek selera
cebula
kilka listków laurowych
kilka ziarenek ziela angielskiego
2-3 ząbki czosnku
sól himalajska
200 g kaszy jaglanej

Wykonanie:
Mięso dokładnie płuczę. Wrzucam do garnka, dodaję obraną marchew, pietruszkę oraz selera. Dorzucam kawałek pora, obrane ząbki czosnku, listki laurowe, ziarenka ziela angielskiego i obrana i opaloną nad palnikiem cebulę. Zawartość garnka zalewam przefiltrowaną wodą. Solę odrobinę do smaku. Gotuje rosół na malutkim palniku około 2 godzin. 15 minut przed końcem gotowania rosołu dosypuję kaszę jaglaną.

 


Poniżej zdjęcie gołębi przeze mnie oprawionych, przy okazji jednej z wizyt na wsi :).

Opalanie gołębi po oskubaniu.

niedziela, 29 marca 2015

KIT PSZCZELI czyli PROPOLIS - podstawowe i ciekawe informacje (historia, zastosowanie, skład, właściwości)

Zbierałam się kilka dni za napisanie o propolisie. Przy przedświątecznych porządkach znalazłam w jednym ze słoiczków, w czeluściach szuflady, kupiony już jakiś czas temu propolis. Stwierdziłam najwyższy czas napisać coś o nim na blogu i zrobić z niego różne fajne rzeczy :)
Nie wiem czy nasze babcie czy mamy interesowały się propolisem ??? Sięgając wstecz wiem, że trochę o nim pisano i go badano. Można teraz i można było za czasów naszych mam i babć nabyć preparaty na bazie propolisu. Albo można zrobić takie preparaty w domu lub robiono takie samemu kiedyś.
A propolis to rzecz warta uwagi i nie jest to rzecz znana tylko współcześnie.

KILKA SŁÓW O HISTORII PROPOLISU
* Bakteriobójcze właściwości propolisu znane były już w starożytnym Egipcie (znów ten starożytny Egipt !) - używano go do balsamowania i mumifikowania zwłok. Wierząc temu co piszą, nie wiedzieli wtedy co to są bakterie, a może wiedzieli, a nie umieli tego nazwać.
* Pliniusz (I w n.e) znał lecznicze właściwości propolisu - pisał o nim w swej wielotomowej  "Historii naturalnej" - " Propolis jest otrzymywany z łagodnej gumy (żywicy) winorośli i topoli. Zagęszczony przez dodanie kwiatów służy w mniejszym stopniu niż wosk do umacniania struktury plastra. Za jego sprawą wszelkie próby oziębienia i uszkodzenia ula są udaremnione. Ponadto propolis posiada tak intensywny zapach, ze używany jest od wieków jako substytut galbanu (żywica gumowa" w innym miejscu pisał o zastosowaniu propolisu "usuwa żądła, drzazgi i inne substancje  z mięśni, redukuje obrzęki, rozmiękcza stwardnienia, łagodzi bóle mięśniowe i nieraz usuwa inne dolegliwości"
* Dioskures też podobno pisał o propolisie "żółty kit pszczeli o słodkawym zapachu używany jest w stanach ropnych, jako delikatny i łatwy do rozprowadzania po przygotowaniu mastyki. Daje uczucie ciepła, miłe, wciąga też żądła i drzazgi. Podany doustnie pomaga w przewlekłym kaszlu, a także usuwa liszaje...."

Po czasach starożytnych został zapomniany. Poczytałam sobie, ze przetrwał w medycynie ludowej - która jest mi bliska.
Ale nawet nie wszyscy bartnicy używali go jako leku.
Pierwsze pisemne wzmianki -z tego co się doszperałam można znaleźć po wojnie angielsko- burskiej (1905 r) - zastosowano wtedy "propolis vasogen" do leczenia zakażonych ran.
Poopisywano wtedy wyniki z 58 przypadków jego stosowania w czasie zabiegów chirurgicznych. Zaobserwowano później pełną jałowość ran po operacjach.
 Zastanawiając się w dzisiejszych czasach, że taki wynik może zdumiewać i zadziwiać - bo przecież owe operacje były przeprowadzane w warunkach bardzo prymitywnych, polowych i w klimacie, który był upalny

* niejaki Jojrisz pisał, że w czasie wojny (dodajże II, bo nie jest to podane) próbowano leczyć rannych propolisem i wynik leczenia był dobry, ale było go bardzo mało. Nie jest to aż takie dziwne, że mogło tego propolisu być mało - bo z jednego ula, od silnego roju, przy podbieraniu w zwykłych warunkach można podobno podebrać tyko 30 g kitu)!!!

KILKA SŁÓW O BADANIACH NAD SKŁADEM CHEMICZNYM I WŁAŚCIWOŚCIAMI PROPOLISU:
Dziwne może się wydawać, że najpierw zainteresowanie najpierw zaczął budzić skład chemiczny propolisu, a dopiero później jego właściwości lecznicze.
* 1911 -stwierdzono w kicie obecność - kwasu cynamonowego alkoholu cynamylowego , wykryto również wanilinę,
* 1927 - odkryto w jego składzie chryzynę,
* badaniem kitu zajął się Instytut Pasteura w Paryżu i zaczęto wykrywać cały ogrom innym w nim substancji m.in były to: galangina, pinocembryna, tektochryzyna, , oraz niektóre ze związków wykazujących działanie antybakteryjne (np. galangina i pirocembryna, należące do grupy flawonoidów).
* badano kit pszczeli, również w ZSRR - wówczas wykryto w nim związki t.j. akancentiny, kemferid, ramnocytryna, pinostrobina, izowanilina oraz wiele innych o bardziej skomplikowanej budowie.
 
 Teraz pora na kilka zdań na temat czym właściwie jest ów propolis o którym pisze!
Tajemnice propolisu - jak wygląda i czym właściwie jest ?
Gdy zajrzymy w pogodny dzień do ula - możemy dojrzeć trochę smolistej substancji, która to uszczelnia wszystkie szparki w ulu (każdą wolne przestrzenie, dziurki). Podobnie jak kit uszczelniał kiedyś okna - (bo teraz wszędzie mamy okna z pcv - kolejny wymysł dzisiejszego świata) !!!!
Kitem w ulu przymocowane są płócienka, osłonki do wierzchnich belek plastrowych ramek.
Kitem są pozatykane wszystkie szczeliny w ulu. Kitem pszczoły przytwierdzają ramiączka ramek i polerują je nim  oraz dezynfekują wnętrza komórek w plastrach przed złożeniem nowych jaj.  Ciekawym zjawiskiem jest, że - królowa wszystko sprawdza na koniec :)
Zakitowuje się nawet szkodnika, który dostał się do ula.
Dla mnie jest to bardzo ciekawe - bo taki los może spotykać nie tylko owady ale i np. motylicę, wesz, trupią główkę, taszczynę,, krówkę czy skórnika słońca, oleicę a nawet żmiję, myszę i jaszczurkę.
Jeśli pszczoły nie mogą zabić intruza jadem - co może nastąpić w przypadku larwy motylicy (otoczona jedwabistą osnową) - zakitowują go żywcem gdzieś w kącie ula.
Na myśl przychodzi mi mumia w sarkofagu jak sobie wyobrażam takiego zakitowanego szkodnika ;) - nie psuje się, nie gnije, nie zatruwa powietrza.

Funkcje propolisu (kitu pszczelego):
Po pierwsze
* Kit pszczeli ma za zadanie m.in utrzymanie wewnątrz ula temperatury - odpowiedniej temperatury i stworzenie odpowiedniego klimatu w nim. Wyczytałam, że ta temperatura w różnych okresach bywa różna. Przykładowo gdy w ulu jest czerw  - to jest to temperatura 34 -36 stopni Celcjusza.
Po drugie
* Kit pszczeli ma funkcję dezynfekującą (jest to nie mniej ważna funkcja niż ta pierwsza). Kit wykazuje właściwości silnie bakteriostatyczne i bakteriobójcze. Bo przecież on zabezpiecza ul przed takimi rzeczami - jak rozwój w nim bakterii, pleśni i wirusów oraz grzybków.
Można zrobić sobie tu porównanie w odniesieniu do świata roślin. W świecie roślinnym taką samą rolę odgrywają - żywice, balsamy, woski roślinne, lepkie substancje, które otaczają  delikatne pączki drzew i krzewów (ma to miejsce w okresie wczesnowiosennym i okresie spoczynku roślin).
Te żywice występujące obficie w miejscu skaleczeń drzew, wypełniają- ranki  i chronią rośliny prze inwazją  i rozwojem wszelakich chorób oraz szkodników. W takim miejscu zalepionym żywicą nie rozwiną się żadne bakterie, różnego rodzaju mikroorganizmy oraz pleśnie.

I tu mamy odpowiedź jak powstaje propolis:
Pszczoły zbierają właśnie te lepkie substancje, które wytworzyły rośliny - dodając od siebie trochę wosku z własnych gruczołów oraz jeszcze innych dodatków i wytwarzają to co nazywane jest PROPOLISEM lub KITEM PSZCZELIM.

Z czego składa się propolis:
Badacze stwierdzili, że na ogół to:
55% żywic i balsamów i substancji smolistych (smółek)
10 % olejków eterycznych (pachnących)
5 % pyłku kwiatowego
30 % wosku
ślina pszczół
Należy tu jednak wiedzieć, że skład propolisu może się zmieniać w zależności co pszczoły sobie znajdą w pobliżu ula. Skład kitu pszczelego jest wielce skomplikowany. Ja tu wymieniłam tylko podstawowe i główne składniki.

Propolis to bardzo złożona substancja, bogata w biologicznie czynne związki chemiczne. Poza składnikami, które ja wymieniłam ZAWIERA 19 BIOPIERWIASTKÓW i takie związki jak STERYDY, TERPENY, KWASY TERPENOWE, FLAWONOIDY, KWASY AROMATYCZNE, HORMONY ROŚLINNE i wiele innych.

Może nie dla każdego będzie ciekawe - jak pszczoły zabierają się za zbieranie żywicy na propolis - dla mnie było to bardzo ciekawe. Ja swoją ciekawość na ten temat zaspokajałam (na podstawie Encyklopedii A.I. Roota, E.R. Roota i H.H. Roota z1959 roku)
Przedstawię po krótce opis jak to pszczoły zbierają żywicę - może ktoś będzie chciał przeczytać:
"Żeby zebrać żywicę z kory pnia czy gałęzi, pszczoła chwyta ją dolnymi żuchwami i wciąga. Tworząca się nić urywa się od podstawowej masy żywicy. Wówczas pazurkami drugiej pary nóżek, pszczoła zdejmuje nić z żuchwy i składa żywicę w koszyczku pyłkowym, a następnie śliniąc nadaje jej kształt bryłki. Po każdorazowym oddzieleniu nici wzlatuje, wykonuje krótki lot i w ciągu kilku sekund wraca na poprzednie miejsce, w celu kontynuowania zbioru żywicy...." Ale zanim ma to nastąpić minie nie mniej niż 30 minut.
Co za tym idzie pszczoła zbierająca żywicę - zbieraczka nigdy kitu nie składa sama. Robią to inne pszczoły - po prostu porcję żywicy z której ma powstać kit odbierają  od niej żuchwami.
Nierzadko sprawia im to nie mały problem - bo przy wyciąganiu żywicy z koszyczka potrzeba im nie mało siły, gdyż ciągnie się ona tak jak nici. Można sobie wyobrazić, że jak na takie pszczółki to musi być ogromny wysiłek :) Bywa, że taka zbieraczka nie może się w ogóle utrzymać na nóżkach. Jeśli ma miejsce sytuacja, że pszczoła przy odbieraniu od niej żywicy nie daje rady utrzymać  się na nóżkach - to kit jest odbierany od niej  na deseczce wlotowej do ula.
Ciekawe jest to, że jeśli pszczołom upadną cząstki propolisu, przyczepią się gdzieś - one ich nie zbierają, ani nie usuwają.
Kolejną ciekawą rzeczą było  to, że gdy pszczoły zbierają sobie propolis, gdy go składują i uszczelniają nim ul - wszystko robią żuchwą, nie używając języka !!!
Odbieranie od zbieraczki kulki z żywicą trwa nawet kilka godzin.
Z tego wynika, że surowce na kit pszczoła daje radę zbierać tylko 2 do 3 razy przez cały dzień.

Najwięcej kitu zbierają pszczoły pod jesień. Chcą sobie zapewne ocieplić, uszczelnić i zabezpieczyć, zakitować ul - swój dom przed zimą. Tak samo przecież bywało u ludzi, którzy też uszczelniali okna przed zimą - w przypadku okien drewnianych (u mnie w domu tak bywało) - przed epoką okien z PCV.

Wyczytałam również, że temperatura przy zbieraniu kitu ma bardzo duże znaczenie. Wspomnę tu, że nie wszystkie pszczoły zbierają kit. Ktoś przecież musi się zajmować takimi sprawami jak miód i pyłek.  Zbieranie kitu jak już napisałam jest uzależnione od temperatury. Pszczoły stawiają się do swojego zadania jakim jest zbieranie kitu około 10, a kończą swoją pracę przed 16.
Może się zdarzyć taka sytuacja, że żywica tak silnie potrafi się przykleić do nóżek pszczoły zbieraczki, że nie da rady, żeby oderwać tej żywicy od niej. Jeśli ma miejsce taka sytuacja to musi taka pszczółka zbieraczka poczekać do następnego dnia, aż wyjdzie słoneczko następnego dnia i ją ogrzeje. Gdy w końcu w południe słońce da radę rozgrzać żywicę - wtedy pszczoły mogą wykonać swoje zadanie i uwolnić ją od ciężaru. A zbieraczka może lecieć na dalsze zbieranie żywicy.

Wyczytałam, że ponadto wiosną najwięcej kitu dostarczają pączki topoli - są one wtedy dosłownie oblepione żywicą. Pszczoły nie gardzą również starym kitem (który pochodzi z wyjętego z ula starego sprzętu). Korzystają nieomal z każdego możliwego źródła, żeby pozyskać surowiec na kit.

Propolis szkodzi czy leczy?
Pisząc o właściwościach, zaletach propolisu - winna jestem wspomnieć, że niektórym może on szkodzić. Są różni ludzie, niektórym jedna rzecz może pomóc, innemu może ona zaszkodzić. Tak samo jak w przypadku innych, środków, substancji - z propolisem może być tak samo. Zdarzyć się może, że niektórych może on uczulić.
Doczytałam, że u niektórych mogą wystąpić pęcherzyki, wysypki, objawy uczulenia po zażyciu propolisu. Podobno zdarza się to rzadko, ale się zdarza. Przedawkowanie natomiast propolisu może doprowadzić do biegunki, mogą się zdarzyć spadki ciśnienia.

DO CZEGO MOŻEMY STOSOWAĆ PROPOLIS ?
* jako środek do usuwania nagniotków
Kawałek propolisu, z lekka możemy rozgnieść na miękką konsystencję, cienką warstwą rozłożyć na odcisk, przewiązać bandażem - po kilku dniach odcisk z korzeniem odpadnie.
* ze względu na swoje właściwości przeciwbakteryjne, przeciwgrzybiczne, przeciwwirusowe i regeneracyjne czyli przyspieszające gojenie oraz przeciwbólowe -
na te wszystkie wymienione dolegliwości wskazana by była maść propolisowa domowej produkcji.
Taka maść pomaga  na wszelkiego rodzaju oparzenia - pomoże na ból i inne objawy towarzyszące oparzeniu. Przy katarze - z objawami takimi, ze ciężko jest nam oddychać i musimy to robić ustami - pomocne jest włożenie do dziurek nosowych odrobiny maści propolisowej, a kanały nosowe staną się drożne (trzeba to robić stale, po każdorazowym oczyszczeniu nosa.
* jako lek wspomagający leczenie grzybicy stóp - propolis może stać się pomocny
Nieraz wystarczy stosować maść propolisową na chore miejsca na stopach, wspomagając smarowanie witaminą E w płynie by grzybica ustąpiła.
* na bóle dziąseł po wyrwanym zębie - można zlikwidować przez smarowanie ranek maścią propolisową.
* przy objawach parodontozy - dobrze działa roztwór alkoholowy propolisu oraz płukanie szałwią.
* na różne ranki i rany - goją się one szybko i bezboleśnie po posmarowaniu ich maścią propolisową. Dzięki właściwościom bakteriobójczym może likwidować różnego rodzaju wypryski i wrzodziki ropne.
* do pielęgnacji twarzy - krem propolisowy uelastycznia skórę i utrzymuje cerę w zdrowiu, nie dopuszcza do zakażeń. Nie wierzmy w cuda zmarszczek nam nie usunie, jeśli do nich doprowadziliśmy :) - ale wygładzi nam on cerę i opóźni ich powstawanie.
* potrafi wyleczyć rany żylakowe i hemoroidy, pomocny jest przy leczeniu odleżyn -wyczytałam, że były wypadki, że to właśnie propolis zlikwidował odleżyny w kilka dni, gdy niczym nie dawało się ich zlikwidować.

Mnie ciekawi wszystko co naturalne i zapominane. Dlatego napisałam o propolisie. Mam nadzieje, że z czasem ludzie będą odchodzić od wszechobecnych leków chemicznych i wracać do tego co nam daje natura.
Pisałam na blogu także o pyłku kwiatowym (pszczelim).


piątek, 27 marca 2015

"Botanika duszy" Elizabeth Gilbert czy "Podpisywanie wszystkich rzeczy"

"Botanika duszy" nie była dla mnie książką, którą chłonęłam. Po objętości widać, że autorka napisała ją z rozmachem (książka ma prawie 600 stron), Nie czytałam jej poprzednich książek - widziałam jedynie film "Jedz, módl się i kochaj". Film za pierwszym razem mi się podobał. Za drugim podejściem, zastanawiałam się dlaczego podobał mi się przy pierwszym podejściu ??? i tego nie wiem :). Ale oglądałam go dawno i myślę, że dużo zależy, jak na coś patrzymy od danego momentu naszego życia. Filmy, książki, uczucia itd. w każdym wieku na niektóre rzeczy - spojrzymy z innej perspektywy.
Co do książki przeleżała prawie rok, zanim wpadła w moje ręce i została przeczytana. Zanim ją kupiłam w zeszłym roku, kilka razy oglądałam ją na sklepowej półce. Jednak w końcu zdecydowałam się ją kupić. Książka zaciekawiła mnie z tego powodu, ze jest ona o botaniczce i roślinach (ja interesuje się roślinami pod innym kątem niż Alma, główna bohaterka powieści).Ale pomyślałam sobie, że czytanie tej książki może się okazać interesujące.  Z opisu również wynikało, że są w niej wątki dotyczące podróżowania. Te dwa powody były decydujące o tym, że chciałam ją przeczytać.

Książka jest wielowątkowa, ciekawie napisana, ciekawy i dobry pomysł na fabułę. Dla mnie na plus w książce jest wątek naukowy. Alma to postać fikcyjna, ale sprytnie została wpleciona między dwóch istniejących naprawdę naukowców Karola Darwina i Alfreda Rusella Wallenca.
Wierząc źródłom Darwin z Wallencem doszli do podobnych wniosków dotyczących teorii doboru naturalnego. Darwin spisał swoje teorie gdy Wallence przysłał mu swoją pracę, w której przedstawił poglądy bardzo podobne do jego własnych.
Skłoniło to Darwina do szybkiego opublikowania z Wallencem wspólnej pracy dotyczącej ich teorii pt. "O skłonności gatunków do tworzenia odmian oraz o utrwalaniu się gatunków drogą doboru naturalnego".
W książce Alma jako kobieta (naukowiec, botanik) doszła do takich samych wniosków jak Darwin i Wallence badając mchy. Na kartach książki nigdy nie dochodzi do spotkania Almy z Darwinem. Ale na ostatnich kartach książki dochodzido jej spotkania z Wallencem.

 Ten fragment mówi sam za siebie, autorka wplatając między postaci, które istniały postać Almy - moim zdaniem chciała się pokłonić w stronę kobiet naukowców, bezimiennych, które miały swój wkład w naukę.

Aby przejść do życia Almy, należałoby skreślić kilka zdań o życiu ojca Almy. Na początku książki poznajemy Henry Whittakera, który urodził się w 1760 - "był najmłodszym synem w biednej rodzinie, która posiadała i tak nazbyt liczne rodzeństwo. W dwóch niewielkich pokojach z klepiskiem pod ledwo szczelnym dachem, odżywiany jednym posiłkiem prawie każdego dnia...", a 1800, dowiadujemy się, że "nie było bowiem wcale bardziej niźli w innych czasach na porządku dziennym, aby człowiek ubogiego stanu oraz półanalfabeta stał się najbogatszym mieszkańcem miasta..." 
Po raz kolejny od biednego do bogatego !!! W wypadku Henrego mostem między biedą, a bogactwem było "w przeciwieństwie do braci miał Henry jedna pozytywną cechę. A dokładnie dwie: inteligencję oraz zainteresowanie drzewami. Byłoby przesadą utrzymywać, że Henry szanował drzewa tak jak ojciec, ale interesował się nimi, ponieważ drzewa były jedyną z niewielu rzeczy, których łatwo było mu się nauczyć, a doświadczenie zdążyło Henry mu pokazać, że uczenie daje mu przewagę nad innymi"

Nie będę tu pisać więcej o ojcu Almy, to co przytoczyłam, wystarczy, żeby wyciągnąć sobie wnioski. Do tego, aby się wzbogacić w życiu - wystarczy INTELIGENCJA oraz ZAINTERESOWANIE SIĘ CZYMŚ CO MAMY DOSŁOWNIE POD NOSEM !!!
Z kolejnymi kartami książki poznajemy Almę - nie sposób zauważyć jaki wpływ na jej życie miał ojciec. Ale matka Almy na tym polu nie ustępowała małżonkowi.
Henry "wyjął żonę z szanowanego rodu van Devenderów ...nie byli szczególnie bogaci... ale nie potrzebował bogatej kobiety. Byli za to pierwszorzędną europejską rodziną naukowców - a to podziwiał".
Sposób w jaki matka Almy uczyła swoje dziecko dosłownie można nazwać "tresurą". Beatrix m.in nie uważała, żeby 4 letnie dziecko było za małe, żeby omawiać z nią Lineusza, zaczęła uczyć swoją córkę, gdy ta zaczynała dopiero co utrzymywać się w pionie. Wręcz uważała, że nie ma usprawiedliwienia dla rodzica, który osobiście nie uczy dziecka myślenia :).

 

Mając takich rodziców - nie dziwota, ze Alma wyrosła na osobę o ścisłym, analitycznym, bystrym umyśle a przede wszystkim ciekawą świata. Nie usłyszała też nigdy od rodziców, ze coś jest głupie i zbędne, albo niepotrzebne. Matka Almy wyznawała dewizę
 LABOR IPSE VOLUPTAS -PRACA JEST NAGRODĄ. A co do rozpieszczania dzieci, uważała że dobre zachowanie należy dostrzegać, a nie nagradzać.
Moje wnioski - rodzice mieli na Almę niewyobrażalny wpływ zarówno w wychowanie jak i w rozwój intelektualny. Brak kontaktu z rówieśnikami, tresura edukacyjna od małego, prowadzenie od najmłodszych lat konwersacji z naukowcami przy stole. Mnie jednak jako osobie na razie bezdzietnej - nasuwa się pytanie czy warto byłoby dziecku odbierać dzieciństwo i nakłaniać je do nauki. Wszystko to skutkuje niemożnością odnalezienia się w dorosłym życiu.

   Jedni mogą stwierdzić o Almie Whittaker - miała piękne, spełnione życie poświęcone nauce. Mnie nasuwają się pytania czy życie można nazwać spełnionym??? poświęcając się nauce kosztem nie założenia rodziny. Każda normalna kobieta z czasem myśli o dziecku!!!! Można stwierdzić, że Alma nie ułożyła sobie życia bo się nieszczęśliwie zakochała jako młoda kobieta. Czyż nie bywa, że w życiu wielu zostaje ze złamanym sercem w młodości. Ale czy to jest powód do staropanieństwa. Miała styczność z ludźmi nauki - czy tam nie znalazłaby bratniej duszy, z którą podzieliłaby życie i spełniła się w każdej dziedzinie życia. Wiem, że jest to trudne, ale wiem, że można. Pasja, ciągły rozwój, rodzina , ktoś obok Ciebie - to wszystko może iść w parze.

 Poniżej wkleiłam jeden z kilku fragmentów w książce który nasunął mi na myśl termin - określany jako sublimacja popędów. Alma nie miała z kim rozładowywać swoich popędów, tępiła swój pierwotny popęd i wykorzystywała energię z niego płynącą na polu nauki albo rozładowywała go sama.

Ja nie będę tu, się do tego odnosiła, każdy wyciągnie sobie wnioski na podstawie tego co pisze.
Dla mnie ta książka była miejscami feministyczna. Przy wątku zawierającym relację Ambrose Pike (męża Almy) i Jutrzejszego Poranka (spotkali się na Thaiti, gdzie Ambrose pojechał badać orchidee) - zaczęłam się zastanawiać nad tym, ze jest zapotrzebowanie społeczne na takie książki, niby książki mają iść z duchem czasu!!!! Według mnie pod płaszczykiem duchowości i mistycyzmu zostało ukryte pojęcie ukrytego homoseksualizmu (chodzi tu o męża Almy - Ambrosa). Wspomnę tu, że małżeństwo Almy i Ambrosa - nigdy nie zostało skonsumowane. Natomiast Ambrose spółkował z Jutrzejszym Porankiem.

Nie mam dogłębnej wiedzy na temat badań biologicznych, a tym bardziej botanicznych w XIX wieku. Miejscami w książce opisywane są skomplikowane terminy z botaniki (dla mnie jest to na plus bo znów sięgnęłam po Darwina):)

 Na koniec stwierdzę, że może i Alma miała piękne życie, może i los dał jej długie życie, może i na polu naukowym odnosiła sukcesy. Ale w życiu prywatnym poniosła klęskę. Była bardzo bogata (ojciec przepisał na nią całą fortunę). Alma dopiero w wieku 50 paru lat przewartościowała sobie wszystko, przepisała majątek na swoją adoptowaną siostrę i ruszyła w świat - w takim wieku można sobie stwierdzić, że wiele rzeczy jest nieważnych "wóz albo przewóz"!!! Stawianie czoła temu co może zaboleć, kiedy stuka ponad półwiecze. Ale lepiej późno niż wcale.

Jedyna rzecz, która przykuwała moją uwagę w książce to rośliny, większość znałam, ale niektóre musiałam zobaczyć jak wyglądają m.in.:
* owoc chlebowca
 \*drzewo chinowe, zwane drzewem na gorączkę albo korą "jezuitów"


*wanila (vanila) - większość widziała jak wygląda laska wanilii, ale nie każdy pewnie wie jak wygląda kwiat wanilli ? i że jest orchideą 

*mandagora lekarska
 
*schistostega pennata czyli złoto gobelinów, smocze złoto, złoto elfie czyli najrzadszy z mchów jaskiniowych

Odniosę się jeszcze do tytułu książki - tytuł oryginału "Sygnature of All Things" czyli opisywanie, podpisywanie wszystkich rzeczy. Wychodzi na to, ze polski tytuł to chwyt, aby książka przyciągnęła uwagę. Dla mnie trafniejszy jest tytuł oryginału. Ale cóż ja nic na to nie poradzę.
Ja zrecenzowałam kolejną książkę po swojemu, pisałam o tym co przykuło moja uwagę w niej. Przedstawiłam swoje przemyślenia. Ja nad nieprzeciętnym życiem Almy Whittaker nie będę się zachwycać. Każdy ma prawo przeżyć swoje życie po swojemu i dokonywać swoich wyborów.

Idzie wiosna, przeczytałam powyższą książkę i nabrałam ochoty, żeby zrobić swój zielnik z roślinami. Przy okazji pozyskiwania i zbierania ziół :).


środa, 18 marca 2015

"Carte blanche" Jacka Lusińskiego (recenzja książka) - historia belfra z prawdziwego zdarzenia...

Książkę przeczytałam jakiś czas temu - zaczęłam sobotnim wieczorem, a doczytałam niedzielnym rankiem. Książka jest króciutka, zawiera 200 stron. Czyta się ja szybko i warto ją przeczytać.
"Carte Blanche" - daje do myślenia. Głównym bohaterem jest Kacper, nauczyciel historii w liceum. Co mogę jeszcze o nim napisać - stary kawale, mieszkający z matką, choć ma już 44 lata. lubiący swoja pracę, uczniowie lubią jego. Widać, ze praca daje mu zadowolenie i satysfakcję
Aż tu pewnego dnia zaczyna tracić wzrok. Wypadek samochodowy w którym uczestniczy, a w którym ginie jego matka- powoduje stres, który tylko dodatkowo przyspiesza tracenie wzroku.
Następnie jest wizyta u specjalisty, a diagnoza brzmi "retinitis pigmentosa" czyli barwnikowe zwyrodnienie siatkówki. Polega ono na tym, ze w oczach odkłada się pigment czyli zużyte komórki, które są normalnie z organizmu usuwane. Za tą chorobą oczu, to tak jakby przysłaniać osłonę w aparacie. Jest to skaza genetyczna, nosicielkami są matki, a gen przekazują synom...dziedziczenie jest związane z chromosomem X. Pole widzenia ma się z czasem coraz mniejsze, zmiany są nieodwracalne, aż do całkowitej utraty wzroku. Diagnoza nie pozostawiła Kacprowi żadnych złudzeń.

Czytając książkę zaczęłam się zastanawiać jakbym to ja była na miejscu Kacpra ? Nie potrafię sobie tego wyobrazić z punktu widzenia osoby widzącej i nie tracącej wzroku!!!Nie wiem czy podołałabym wyzwaniu jakie postawiłoby przede mną życie.
Na pewno bym próbowała.
Zadawałam sobie pytanie:
Czy to byłby dla mnie przysłowiowy gwóźdź do "trumny" ?
Czy dałabym radę podjąć walkę z tym co mnie czeka ?
Kacper wraz z postępującą chorobą - zaczyna odnosić sukcesy zarówno w życiu zawodowym (zostaje wychowawcą klasy maturalnej), jak i prywatnym (wiążę się z koleżanką z pracy Ewą).
Jestem godna podziwu dla Kacpra. Nie dość, że podjął wyzwanie jakie przyniosło mu życie. Nieźle przystosował się do nowej sytuacji. Nikt nie zorientował się, że nie widzi, za wyjątkiem jednej bardzo bystrej uczennicy Klary.

Fragment z końca książki:
Z Ewą - planują ślub, polubił się nawet z jej synem, zamieszkują razem. Ewa dopiero po dłuższym czasie odkrywa, że on traci wzrok - ze strachu przed tym co ma być zostawia go!!! Z jednej strony rozumiem ją, nie potępiam jej . Ale dla mnie sposób w jaki się zachowała to zwykłe tchórzostwo. Nie mniej jednak, nie mnie oceniać innych.
Wspomnę jeszcze, ze w książce mamy przedstawiony wątek dotyczący prawdziwej męskiej przyjaźni. Wiktor przyjaciel Kacpra(jedyny przyjaciel) stara się jak może mu pomóc. Czytając książkę po raz kolejny dowiadujemy się o słuszności powiedzenia "prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie".

Autor "Carte Blanche" obrazuje w książce dzisiejsze szkolnictwo, podejście dzisiejszego ucznia do nauki. Wielu narzeka na dzisiejszą młodzież - ale tak naprawdę młode pokolenie nie jest takie najgorsze. Trzeba mieć jednak do niego podejście.
Moje refleksje - do nauczycielstwa tak jak i do innych rzeczy trzeba mieć powołanie. Zawsze się pamięta, takich nauczycieli, którzy mieli serce do ucznia, a nie uważali nauczania jak kary.
 Ja wielu nauczycieli wspominam z niechęcią. Jednak jest i garstka o których czasem myślę w wielką sympatią.
Kacper jest takim rodzajem nauczyciela, którego będzie się wspominać po latach.
Sposób nauczania Kacpra na pewno był niekonwencjonalny. Na pewno odróżniał się od sposobu nauczania przez innych pedagogów. Miał cierpliwość do ucznia.

Inspiracją dla Lusińskiego do napisania książki i nakręcenia filmu był Maciej Białek (nie oglądam telewizji, ale słyszałam, że swego czasu media interesowały się jego historią).
Maciej Białek to nauczyciel w VIII LO w Lublinie, chorobę ukrywał przez wiele lat, mimo utraty wzroku uczy w szkole od czternastu lat. Jego wychowankowie wspominają go jako barwną i inspirującą osobę :).

Nie będę tu pisać o książce rewelacja, rzadko wpadam nad czymś w zachwyt . Na koniec napiszę dobra książka z przesłaniem, skłaniająca do refleksji.

niedziela, 15 marca 2015

"Medicus" Noaha Gordona - książka o sile i determinacji w dążeniu do spełnienia swoich marzeń (recenzja książki)



W końcu przeczytałam - zajęło mi przeczytanie tej książki około tygodnia. Nie miałam czasu przysiąść i przeczytać jej jednym tchem. Nie lubię szybkiego czytania i czytania w pośpiechu (lubię zatrzymać się i zastanowić nad tym co chciał mi przekazać autor).
Dzisiejszy świat to ciągły pośpiech, gonienie za nie wiadomo czym!? Ja tak nie potrafię. Chciałam skreślić o tej książce kilka zdań, ale zanim to zrobiłam wyszłam z psami, żeby pomyśleć nad tym co chcę o niej napisać. Tak naprawdę nie wiem od czego zacząć. Na wstępie mogę zaliczyć ją do tych książek, która zostanie mi w pamięci (mam swój egzemplarz i na pewno będę do niego wracała).
Jednym z powodów dla którego książka zapadnie mi w pamięć (pisałam w tytule posta) - bo jest ona o sile i determinacji w dążeniu do spełnienia swoich marzeń.
Drugim powodem będzie to, że "Medicus" propaguje pewne wartości.
Poza tym interesuje się ziołami, kryminalistyką (która w pewnym stopniu powiązana jest medycyną sądową, więc dla mnie ciekawe były opisy przypadków medycznych. Dla mnie to kolejny powód, żeby stwierdzić, że książka była ciekawa (myślę, że akurat pod tym kątem autor dobrze przygotował się merytorycznie).
Nie traktuję tej książki jak jakiegoś podręcznika, czy książki z której będę czerpać jakąkolwiek wiedzę. Traktuje ją luźno. Na pewno znalazłam w niej jakieś pojęcia (odnoszę się tu do całości książki)- które były dla mnie obce. To dobrze, każdy powód do zajrzenia do słownika jest dobry.
Gdzieś przeczytałam, że wielu zarzuca autorowi książki - błędy merytoryczne. Mnie one nie przeszkadzały, bo nie jest to książka historyczna. Sam autor pisze na końcu książki:
"Zarówno klimat, jak i większość faktów dotyczących jedenastego wieku przepadła w mrokach historii. Tam gdzie ich brakło, nie wahałem się popuścić wodzy fantazji. "Medicusa" należy więc traktować jako dzieło wyobraźni, a nie próbę odtworzenia fragmentu historii. Za wszelkie błędy duże i małe tylko ja ponoszę winę".

Zwyczaje i tradycje żydowskie były w książce w wielu miejscach dokładnie opisane. Nie mam na ten temat wiedzy - na pewno chciałabym o tym poczytać. Jednym minusem książki to problem prześladowań żydowskich i brak tolerancji dla narodu Żydowskiego (wszędzie, ciągle jest to wałkowane, ja mam swoje zdanie na ten temat). Dla autora plus, ze nie zrobił tego nachalnie. Nie przedstawił tu podziału ze względu na nację czyli nie ważne czy to muzułmanin, chrześcijanin czy Żyd. Liczy się człowiek i jego stosunek do drugiego człowieka.
 Podobało mi się w jaki sposób autor pokazał kontrast miedzy zacofaną Europą (sądy boże), a Wschodem(światem arabskim), gdzie nauka przeżywała swój rozkwit.
O czym jest książka ?
Wiek XI. Anglia. Na początku poznajemy Roberta J. Cole - dziewięcioletniego chłopca, syna cieśli i hafciarki. On i rodzeństwo zostają osieroceni. Robert czuwający przy umierających rodzicach, odkrywa w sobie dar -"dotykając chorej osoby, wie czy będzie żyła czy umrze" - czuje siły żywotne (witalne)osoby, której dotyka.
Dzieci zostają rozdzielone i zabrane do różnych domów. Zaś Robert bo najstarszy nie zdolny jeszcze do ciężkiej pracy, a trudny do wyżywienia - bo trzeba go nakarmić jak dorosłego) - nikt nie chce. Ma jednak szczęście bo przygarnia go wędrowny balwierz.
Czytając "Medicusa" nasuwają się wnioski, aby przetrwać trzeba było być silnym, sprytnym i przebiegłym. Ale wiadomo i nie trzeba do tego "Medicusa", że zawsze tak było, nie tylko w średniowieczu. Przecież i w dzisiejszych czasach wiadomo, że jednym się powodzi lepiej, a innym gorzej.
Balwierz i Robert wędrują przez Anglię. Młody Robert uczy się balwierstwa. Ciągle jego dar powraca, czuje, że wielu osobom  nie może pomóc. Wielu rzeczy nauczył się od balwierza i ciągle ma niedosyt. Punktem zwrotnym , w jego życiu jest spotkanie z Marlinem (żydowskim lekarzem, którego metody leczenia różnią się od tych, które zna). Ów medyk umie zdjąć kataraktę z oczu. Odkąd chłopak dowiaduje się, że najlepsza szkoła medyczna znajduje się na Wschodzie - marzy, żeby pobierać w niej nauki. Pewnego dnia balwierz stwierdza, że termin Roberta dobiega końca. Jako czeladnik będzie mógł sam wykonywać wyuczony zawód. Jednak przed ukończeniem terminu, balwierz umiera. Robertowi zostaje wóz balwierski i koń. Nadal wykonuje rzemiosło balwierza i zbiera na wyprawę na Wschód. Pewnego dnia stwierdza, że to już pora i rusza w drogę.
 W czasie wędrówki musi dołączyć do karawany bo w drodze na Wschód, czekałoby na niego wiele niebezpieczeństw (rabunek, utrata życia). W karawanie poznaje Żydów - dowiaduje się od nich, że na Wschodzie używa się języka farsi czyli perskiego. Okazuje się, że jeden z nich zna perski i za opłatą uczy Roberta. Poza tym dobrze przypatruje się Żydom (chce poznać ich obyczaje, rytuały religijne itd.) Bo postanowił sobie przebrać się za jednego z nich, chrześcijanie nie mogli pobierać nauk  w tejże szkole, która była celem jego wędrówki.
W przebraniu i z podstawami perskiego dociera do szkoły w której marzył pobierać nauki u Ibn Siny (Awicenny).
Jednak nie chcą go tam przyjąć ! Jeśli ktoś jest ciekawy jak potoczyły się losy Roberta i jak udało mu się dostać do szkoły medyków. Zachęcam do lektury.
Nie będę tu dalej streszczać książki. Napiszę, że Robertowi udało się skończyć szkołę i zdać egzamin na medyka (hakima). Ze Wschodu wrócił z żoną i dwójką synów. Żonę poznał w karawanie jadącej na Wschód - podróżowała z ojcem po owce, które mieli sprowadzić do Szkocji, skąd pochodzili. Roztają się bo on wybiera medycynę, a ona nie chce z nim zostać na Wschodzie. Jednak los splata ich drogi. Jej ojciec umiera- Robert nie może mu pomóc. Ona zamieszkuje w końcu z nim w Ishafanie. Po zdaniu przez Roberta egzaminu na medyka, postanawiają w rodzinne strony. Najpierw osiedlają się w Londynie (ona jednak nie potrafi się w nim odnaleźć, tęskni za Szkocją). Jemu zaś marzy się szpital w Londynie (taki jak maristan w Ishafanie). Ona w końcu z dziećmi wyrusza do Szkocji, on zaś zostaje w Londynie. Jednak z Londynu musi uciekać ! Odnajduje swoją żonę w Szkocji - mają jeszcze dwoje dzieci. Starszy odziedziczył po ojcu "dar", młodszy Tam ma zadatki na owczarza.

O treści książki napisałam bardzo ogólnie. Czytając ją wyobrażałam sobie siebie w wędrówce przez świat, wyobrażałam sobie krajobrazy, które mijam, ludzi, których spotykam. Wyobrażałam sobie czasy tak odległe od naszych, dałam się ponieść klimatowi książki.
Podsumowując ta książka pokazuje, że determinacja, samozaparcie pomagają w dążeniu do celu i spełnieniu marzeń. Po prostu pozwala marzyć. Dziś można studiować w każdej części świata (kilka godzin lotu samolotem i jest się na miejscu, gdzie się chce). Dostęp do książek z tym nie ma problemu. Podróż Roberta z Londynu na Wschód zajęła mu prawie dwa lata, ledwo znał język.
Utkwiło mi w pamięci takie stwierdzenie z książki "Rob się przekonał, że jeśli temat jest ciekawy, nauka przestaje być obowiązkiem, a staje się przyjemnością.Było to doniosłe odkrycie i tylko ono dodawało mu sił do ciężkiej pracy":).  Niby proste stwierdzenie, ale często o nim zapominamy, ze nauka musi być obowiązkiem, a możemy w niej znaleźć przyjemność.
 Czytając ten fragment jakbym widziała siebie na początku swoich studiów prawniczych. Tylko nie był to Arystoteles  :)tylko artykuły z kodeksów. Też się zastanawiałam, który artykuł ważny, a który mniej i czy wstęp do czegoś pominąć czy jednak go przerobić. Mnie też czasem dopadała bezsilność :).


Ta książka dała mi do zrozumienia (to nie jedyna, która to spowodowała), że życie bez dążenia do czegokolwiek, bez marzeń, bez celów jest puste i bezwartościowe. Znów zaczęłam się zastanawiać, ze dla wielu ludzi dobra materialne stoją wyżej niż duchowe. Niektórym właściwie życie przecieka przez palce, bezproduktywnie spędzają czas, marnotrawiąc go. Idąc dalej co tu dopiero mówić o dążeniu do samodoskonalenia.
Ludziom się wydaje, że coś jest nie do zrobienia, nie do przeskoczenia - my sami  sobie stawiamy granice, których właściwie nie ma.
To takie moje refleksje na temat książki. Na pewno jest to mądra książka.
Polecam!

wtorek, 10 marca 2015

udka z królika pieczone z ziemniakami podane z zsiadłym wiejskim mlekiem

U mnie na obiad, a raczej już na kolację - udka z królika upieczone z ziemniakami. Mój Pan przywiózł ze wsi królika i 10 litrów wiejskiego mleka. Z części zrobię ser, a reszta zostanie do picia i na koktajle mleczne. Unikamy mleka w plastiku, Nie jest to łatwe, ale można i mieszkamy w mieście !!! Ale dla chcącego nic trudnego. Wiem, że łatwiej jest pobiec na market, kupić co jest nam potrzebne, wypakować w domu i nie ma problemu. Wnerwia mnie wszechogarniający mnie konsumpcjonizm - coraz więcej jemy, byle jak jemy !!! a później nas dziwi, że jesteśmy mniej zdrowi(często też otyli). Na dodatek zewsząd ogłupiani reklamami.
Czyam "Medicusa"Noaha Gordona - książka opowiada o średniowiecznym balwierzu, który chciał zostać lekarzem. Nachodzą mnie refleksje, nie mam tu na myśli epoki średniowiecza - kiedyś człowiek musiał się natrudzić, żeby zdobyć czy przygotować pożywienie - kobiety musiały dbać o liczne rodziny. Kobiety umiały piec chleb, umiały zapełnić spiżarnię od wiosny do jesieni, żeby przetrwać zimę. A dzisiejsza epoka - markety otwarte od rana do nocy - ludzie wrzucający do wózków sklepowych rzeczy, które wydają im się, że są zdrowe, a takie nie są. Z jednej strony wygoda, a z drugiej podupadanie na zdrowiu !!!
Składniki:
dwa udka królika (u mnie z wiejskiej zagrody)
kilka ziemniaków
pół łyżeczki soli himalajskiej
płaska łyżeczka ostrej papryki
łyżka majeranku
2 łyżki smalcu ze świni z domowej hodowli (hodowanej na naturalnym pokarmie)

Wykonanie:
Ziemniaki obieram, płuczę - jeśli mam małe zostawiam w całości, jeśli duże to kroje na ćwiartki. Udka z królika, płuczę, osuszam. Ziemniaki wraz z udkami króliczymi, wrzucam do brytfanny, w której będą pieczone. Doprawiam wszystko solą, ostrą papryką i majerankiem. Mieszam zawartość brytfanny, żeby ziemniaki i udka obtoczyły się w przyprawach. Na wierzch kładę dwie łyżki smalcu.
Wstawiam do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celcjusza. Moje udka z ziemniakami piekły się godzinę z hakiem :) W międzyczasie polewałam ziemniaki i udka rozpuszczonym tłuszczem ze spodu brytfanny. Pieczone udka i pieczone ziemniaki - podałam z wiejskim zsiadłym mlekiem.

Inne przepisy na królika na blogu:

niedziela, 8 marca 2015

gęsie udka pieczone w soku jabłkowym

Mogę stwierdzić, ze gęsie mięso jest jednym z tych smaczniejszych. Gęsie udka przyrządzałam jesienią, kiedy to jest sezon na bicie gęsiny. Teraz przypomniało mi się o tym przepisie.  Przy przygotowaniu udek, a właściwie przy ich obsmażaniu (zanim wstawiłam je do piekarnika, wpadłam na pomysł podlania ich sokiem jabłkowym - ot taki przebłysk! (mam czasem takie przebłyski buszując w kuchni):).
Miałam na stole zapas jabłek, wycisnęłam więc z nich sok. To było to - udka podlane sokiem nie wyszły suche. Ja miałam dodatkowo jeszcze sos do polania ziemniaków z którymi je podałam.
 Składniki:
2 gęsie udka
łyżka majeranku
pół łyżeczki soli himalajskiej
odrobina czarnego, świeżo mielonego pieprzu
szklanka soku jabłkowego, świeżo wyciśniętego
łyżka mąki

Wykonanie:
Nogi gęsie myje i odcinam torebki stawowe za pomocą dużego noża lub tasaka (przy pieczeniu skóra od kości odchodzi i zostaje nieestetyczny kikut, dlatego odcinam torebki stawowe). Nogi gęsie z obu stron doprawiam solą, świeżo mielonym czarnym pieprzem oraz majerankiem. Kładę udka na patelnię, obsmażam je z każdej strony, żeby się dobrze z nich wytopił tłuszcz. Dolewam do udek i tłuszczu, szklankę soku jabłkowego. Wstawiam przykrytą patelnię do piekarnika nagrzanego do 160 stopni Celcjusza na około 3 godziny. Z łyżki mąki i odrobiny wody, robię zawiesinę i zagęszczam nią sok i tłuszcz, który został na dnie patelni. Udka podałam z tłuczonymi ziemniakami i surówką.

piątek, 6 marca 2015

pieczona golonka wieprzowa

Do golonki miałam kilka podejść, to nie było coś co ja uwielbiam gotować. Mój Pan jest mięsożercą (golonkę bardzo lubi), ja wolę dietę roślinną (ale wielu rzeczy próbuje z ciekawości).Oprócz tego nie jest to ta z rzeczy, którą się gotuje i piecze expressowo.
 Dla mnie najlepszym sposobem przygotowania golonki jest najpierw jej ugotowanie, a później dopiero jej opieczenie. Ja przed ugotowaniem golonkę marynuję i zostawiam na noc w lodówce. Nie jestem też zwolenniczką używania gotowych mieszanek do przyprawiania mięsa (oprócz mieszanki przypraw, zawierają one bardzo często m.in glutaminian sodu i tym podobne ulepszacze smaku).
 Składniki:
golonka (moja była duża ze świni hodowanej w wiejskiej zagrodzie, na naturalnym pokarmie)
pół łyżeczki soli himalajskiej
kilka ziarenek ziela angielskiego
kilka ziarenek pieprzu
2 listki laurowe
2 ząbki czosnku
łyżeczka ostrej papryki w proszku
łyżeczka suszonego majeranku
łyżeczka suszonego oregano
Wykonanie:
Miałam dużą golonkę (więc żeby się krócej gotowała, przepołowiłam ją tasakiem). Kryształki soli, listki laurowe, ziarenka ziela angielskiego, ziarenka pieprzu wrzuciłam do moździerza i rozgniotłam. Do rozdrobnionej zawartości moździerza dodałam majeranek i oregano oraz przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku. Mieszanką z moździerza natarłam golonkę, włożyłam ją do miski, przykryłam talerzykiem i wstawiłam na noc do lodówki.
Następnego dnia włożyłam ją do garnka, zalałam przefiltrowaną wodą (tak, aby cała była przykryta wodą). Gotowałam ją około 2 godzin. Po tym czasie przełożyłam do naczynia do zapiekania. Wstawiłam do piekarnika na około 30 minut na około 200 stopni Celcjusza (po to, żeby skórka na wierzchu się przyrumieniła).
Powstały wywar po gotowaniu golonki, zalałam żurem. Podałam go do popicia golonki. Golonkę podałam z chlebem i musztardą.

wtorek, 3 marca 2015

"Bogowie" - recenzja (film)

Staram się być w miarę na bieżąco z polskim kinem. Oglądam to co uważam, za wartościowe (ale czasem to co miało być wartościowe, takie nie było). Obejrzałam ostatnimi czasy "Miasto 44" Jana Komasy i "Kamienie na szaniec" i jestem bardzo rozczarowana.  Moje rozczarowanie nie wynika  z tego, że są to filmy o wojnie. Cenię sobie dobre filmy wojenne i dobrą grę aktorską. Ale jak dla mnie te filmy były kręcone pod uczniów gimnazjum i liceum.
Wiem, że bardzo ciężko kręci się filmy o wojnie (szczególnie u nas)- wynika to w dużej mierze od budżetu itd.

Wiedziałam jesienią, że w kinach jest wyświetlany film o profesorze Relidze. Byliśmy nawet z moim Panem, na spacerze i mijaliśmy kino. Zerknęliśmy nawet na repertuar. Idziemy na film "Bogowie"? - spytałam. Mój Pan zareagował - Następna propaganda!
Oboje interesujemy się polityką i tym co się dzieje wokół nas. Nie ze wszystkim się zgadzamy. W kinie ostatnimi czasy były filmy, które fałszują polską historię lub przedstawiają Polskę w złym świetle.
Jednak film "Bogowie" obejrzeliśmy -gdy dopadła nas grypa i leżeliśmy w łóżku (na czytanie sił nie mieliśmy, ale nadrobiliśmy zaległe filmy). Nie mamy konkretnej wiedzy na temat profesora Religi (do nadrobienia):). Wiedzieliśmy, że dokonał pierwszego przeszczepu serca w Polsce i o tym, ze był ministrem zdrowia. Wiemy trochę więcej o jego działaniach w polityce (bo to już okres naszych studiów). O dokonaniach profesora nie mamy jednak wiedzy (to był czas kiedy dopiero co przyszliśmy na świat).

Film "Bogowie" przedstawia profesora jako lekarza i jego drogę do pierwszego przeszczepu serca. Na filmie chcę się tu skupić.

Film jest zgrabnie nakręcony, wiadomo, ze to kino gatunkowe. Wiele rzeczy zostało uproszczonych, wiadomo, ze wielu rzeczy w filmie nie będzie. Dla mnie sam tytuł filmu będzie nieuzasadniony - wskazuje "zbiorowego" bohatera, a bohaterem jest jedna osoba profesor Religa. Dla mnie tytuł jest komercyjny.
Co dla mnie jest plusem filmu ? Przekonywująco odtworzone lata osiemdziesiąte. Świetna robota rekwizytorów, scenografów, kostiumografów - papierosy palone wszędzie..., ubrania z epoki, herbata i kawa plujka pita w szklankach osadzonych w metalowych koszyczkach. Co jeszcze świetne ujęcia samych operacji czy filmowany z góry fiat Religii, który mknie po trasie katowickiej.
Czy film jest laurką wystawioną profesorowi Relidze ?
Moje odczucia przy oglądaniu filmu - dylematy etyczne tam nie istniały, zagłuszone były entuzjazmem dla nowych osiągnięć medycyny (ja tak to odbierałam). Religa został przedstawiony jako osoba apodyktyczna, są w filmie sceny przedstawiające alkoholizowanie się profesora. Poza tym Religa pokazany został jako osoba dla, której bardziej od żony liczyło się spełnianie własnych ambicji.

 Film przedstawia wycinek z życia profesora Religi, a nie całe życie. Twórcy filmu doskonale sobie zdawali sprawę, że jeśli ktoś idzie do kina to nie po to żeby się nudzić. Historia jest zgrabnie prowadzona - począwszy od powstania kliniki w Zabrzu, aż do scen przedstawiających inauguracyjną scenę przeszczepu serca.

Dla mnie Tomasz Kot - Religę zagrał bardzo dobrze. Na pewno lepiej niż Więckiewicz - Wałęsę (dla mnie Więckiewicz brzmiał jak parodia Wałęsy).
Obraz filmowy przeplótł się z autentyczną fotografią Jamesa L.Stanfilda z "National Geografic" Rok 1987.
Ja tego zdjęcia nie widziałam (albo widziałam i umknął mi w czeluściach mojego mózgu). Ja w pierwszej chwili pomyślałam, że to Tomasz Kot, nie profesor Religa. Moja pomyłka świadczy o tym, że Tomasz Kot świetnie pasował do roli  w którą się wcielił. Widząc go w pierwszych scenach miałam obawy, że przedstawi postać profesora zbyt karykaturalnie (jednak się myliłam), przekonał mnie swoją grą.
 Film skierowany do masowego widza. Na pewno mogę napisać, że to dobry film pomimo tego, że widziałam w nim wady.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...