piątek, 27 marca 2015

"Botanika duszy" Elizabeth Gilbert czy "Podpisywanie wszystkich rzeczy"

"Botanika duszy" nie była dla mnie książką, którą chłonęłam. Po objętości widać, że autorka napisała ją z rozmachem (książka ma prawie 600 stron), Nie czytałam jej poprzednich książek - widziałam jedynie film "Jedz, módl się i kochaj". Film za pierwszym razem mi się podobał. Za drugim podejściem, zastanawiałam się dlaczego podobał mi się przy pierwszym podejściu ??? i tego nie wiem :). Ale oglądałam go dawno i myślę, że dużo zależy, jak na coś patrzymy od danego momentu naszego życia. Filmy, książki, uczucia itd. w każdym wieku na niektóre rzeczy - spojrzymy z innej perspektywy.
Co do książki przeleżała prawie rok, zanim wpadła w moje ręce i została przeczytana. Zanim ją kupiłam w zeszłym roku, kilka razy oglądałam ją na sklepowej półce. Jednak w końcu zdecydowałam się ją kupić. Książka zaciekawiła mnie z tego powodu, ze jest ona o botaniczce i roślinach (ja interesuje się roślinami pod innym kątem niż Alma, główna bohaterka powieści).Ale pomyślałam sobie, że czytanie tej książki może się okazać interesujące.  Z opisu również wynikało, że są w niej wątki dotyczące podróżowania. Te dwa powody były decydujące o tym, że chciałam ją przeczytać.

Książka jest wielowątkowa, ciekawie napisana, ciekawy i dobry pomysł na fabułę. Dla mnie na plus w książce jest wątek naukowy. Alma to postać fikcyjna, ale sprytnie została wpleciona między dwóch istniejących naprawdę naukowców Karola Darwina i Alfreda Rusella Wallenca.
Wierząc źródłom Darwin z Wallencem doszli do podobnych wniosków dotyczących teorii doboru naturalnego. Darwin spisał swoje teorie gdy Wallence przysłał mu swoją pracę, w której przedstawił poglądy bardzo podobne do jego własnych.
Skłoniło to Darwina do szybkiego opublikowania z Wallencem wspólnej pracy dotyczącej ich teorii pt. "O skłonności gatunków do tworzenia odmian oraz o utrwalaniu się gatunków drogą doboru naturalnego".
W książce Alma jako kobieta (naukowiec, botanik) doszła do takich samych wniosków jak Darwin i Wallence badając mchy. Na kartach książki nigdy nie dochodzi do spotkania Almy z Darwinem. Ale na ostatnich kartach książki dochodzido jej spotkania z Wallencem.

 Ten fragment mówi sam za siebie, autorka wplatając między postaci, które istniały postać Almy - moim zdaniem chciała się pokłonić w stronę kobiet naukowców, bezimiennych, które miały swój wkład w naukę.

Aby przejść do życia Almy, należałoby skreślić kilka zdań o życiu ojca Almy. Na początku książki poznajemy Henry Whittakera, który urodził się w 1760 - "był najmłodszym synem w biednej rodzinie, która posiadała i tak nazbyt liczne rodzeństwo. W dwóch niewielkich pokojach z klepiskiem pod ledwo szczelnym dachem, odżywiany jednym posiłkiem prawie każdego dnia...", a 1800, dowiadujemy się, że "nie było bowiem wcale bardziej niźli w innych czasach na porządku dziennym, aby człowiek ubogiego stanu oraz półanalfabeta stał się najbogatszym mieszkańcem miasta..." 
Po raz kolejny od biednego do bogatego !!! W wypadku Henrego mostem między biedą, a bogactwem było "w przeciwieństwie do braci miał Henry jedna pozytywną cechę. A dokładnie dwie: inteligencję oraz zainteresowanie drzewami. Byłoby przesadą utrzymywać, że Henry szanował drzewa tak jak ojciec, ale interesował się nimi, ponieważ drzewa były jedyną z niewielu rzeczy, których łatwo było mu się nauczyć, a doświadczenie zdążyło Henry mu pokazać, że uczenie daje mu przewagę nad innymi"

Nie będę tu pisać więcej o ojcu Almy, to co przytoczyłam, wystarczy, żeby wyciągnąć sobie wnioski. Do tego, aby się wzbogacić w życiu - wystarczy INTELIGENCJA oraz ZAINTERESOWANIE SIĘ CZYMŚ CO MAMY DOSŁOWNIE POD NOSEM !!!
Z kolejnymi kartami książki poznajemy Almę - nie sposób zauważyć jaki wpływ na jej życie miał ojciec. Ale matka Almy na tym polu nie ustępowała małżonkowi.
Henry "wyjął żonę z szanowanego rodu van Devenderów ...nie byli szczególnie bogaci... ale nie potrzebował bogatej kobiety. Byli za to pierwszorzędną europejską rodziną naukowców - a to podziwiał".
Sposób w jaki matka Almy uczyła swoje dziecko dosłownie można nazwać "tresurą". Beatrix m.in nie uważała, żeby 4 letnie dziecko było za małe, żeby omawiać z nią Lineusza, zaczęła uczyć swoją córkę, gdy ta zaczynała dopiero co utrzymywać się w pionie. Wręcz uważała, że nie ma usprawiedliwienia dla rodzica, który osobiście nie uczy dziecka myślenia :).

 

Mając takich rodziców - nie dziwota, ze Alma wyrosła na osobę o ścisłym, analitycznym, bystrym umyśle a przede wszystkim ciekawą świata. Nie usłyszała też nigdy od rodziców, ze coś jest głupie i zbędne, albo niepotrzebne. Matka Almy wyznawała dewizę
 LABOR IPSE VOLUPTAS -PRACA JEST NAGRODĄ. A co do rozpieszczania dzieci, uważała że dobre zachowanie należy dostrzegać, a nie nagradzać.
Moje wnioski - rodzice mieli na Almę niewyobrażalny wpływ zarówno w wychowanie jak i w rozwój intelektualny. Brak kontaktu z rówieśnikami, tresura edukacyjna od małego, prowadzenie od najmłodszych lat konwersacji z naukowcami przy stole. Mnie jednak jako osobie na razie bezdzietnej - nasuwa się pytanie czy warto byłoby dziecku odbierać dzieciństwo i nakłaniać je do nauki. Wszystko to skutkuje niemożnością odnalezienia się w dorosłym życiu.

   Jedni mogą stwierdzić o Almie Whittaker - miała piękne, spełnione życie poświęcone nauce. Mnie nasuwają się pytania czy życie można nazwać spełnionym??? poświęcając się nauce kosztem nie założenia rodziny. Każda normalna kobieta z czasem myśli o dziecku!!!! Można stwierdzić, że Alma nie ułożyła sobie życia bo się nieszczęśliwie zakochała jako młoda kobieta. Czyż nie bywa, że w życiu wielu zostaje ze złamanym sercem w młodości. Ale czy to jest powód do staropanieństwa. Miała styczność z ludźmi nauki - czy tam nie znalazłaby bratniej duszy, z którą podzieliłaby życie i spełniła się w każdej dziedzinie życia. Wiem, że jest to trudne, ale wiem, że można. Pasja, ciągły rozwój, rodzina , ktoś obok Ciebie - to wszystko może iść w parze.

 Poniżej wkleiłam jeden z kilku fragmentów w książce który nasunął mi na myśl termin - określany jako sublimacja popędów. Alma nie miała z kim rozładowywać swoich popędów, tępiła swój pierwotny popęd i wykorzystywała energię z niego płynącą na polu nauki albo rozładowywała go sama.

Ja nie będę tu, się do tego odnosiła, każdy wyciągnie sobie wnioski na podstawie tego co pisze.
Dla mnie ta książka była miejscami feministyczna. Przy wątku zawierającym relację Ambrose Pike (męża Almy) i Jutrzejszego Poranka (spotkali się na Thaiti, gdzie Ambrose pojechał badać orchidee) - zaczęłam się zastanawiać nad tym, ze jest zapotrzebowanie społeczne na takie książki, niby książki mają iść z duchem czasu!!!! Według mnie pod płaszczykiem duchowości i mistycyzmu zostało ukryte pojęcie ukrytego homoseksualizmu (chodzi tu o męża Almy - Ambrosa). Wspomnę tu, że małżeństwo Almy i Ambrosa - nigdy nie zostało skonsumowane. Natomiast Ambrose spółkował z Jutrzejszym Porankiem.

Nie mam dogłębnej wiedzy na temat badań biologicznych, a tym bardziej botanicznych w XIX wieku. Miejscami w książce opisywane są skomplikowane terminy z botaniki (dla mnie jest to na plus bo znów sięgnęłam po Darwina):)

 Na koniec stwierdzę, że może i Alma miała piękne życie, może i los dał jej długie życie, może i na polu naukowym odnosiła sukcesy. Ale w życiu prywatnym poniosła klęskę. Była bardzo bogata (ojciec przepisał na nią całą fortunę). Alma dopiero w wieku 50 paru lat przewartościowała sobie wszystko, przepisała majątek na swoją adoptowaną siostrę i ruszyła w świat - w takim wieku można sobie stwierdzić, że wiele rzeczy jest nieważnych "wóz albo przewóz"!!! Stawianie czoła temu co może zaboleć, kiedy stuka ponad półwiecze. Ale lepiej późno niż wcale.

Jedyna rzecz, która przykuwała moją uwagę w książce to rośliny, większość znałam, ale niektóre musiałam zobaczyć jak wyglądają m.in.:
* owoc chlebowca
 \*drzewo chinowe, zwane drzewem na gorączkę albo korą "jezuitów"


*wanila (vanila) - większość widziała jak wygląda laska wanilii, ale nie każdy pewnie wie jak wygląda kwiat wanilli ? i że jest orchideą 

*mandagora lekarska
 
*schistostega pennata czyli złoto gobelinów, smocze złoto, złoto elfie czyli najrzadszy z mchów jaskiniowych

Odniosę się jeszcze do tytułu książki - tytuł oryginału "Sygnature of All Things" czyli opisywanie, podpisywanie wszystkich rzeczy. Wychodzi na to, ze polski tytuł to chwyt, aby książka przyciągnęła uwagę. Dla mnie trafniejszy jest tytuł oryginału. Ale cóż ja nic na to nie poradzę.
Ja zrecenzowałam kolejną książkę po swojemu, pisałam o tym co przykuło moja uwagę w niej. Przedstawiłam swoje przemyślenia. Ja nad nieprzeciętnym życiem Almy Whittaker nie będę się zachwycać. Każdy ma prawo przeżyć swoje życie po swojemu i dokonywać swoich wyborów.

Idzie wiosna, przeczytałam powyższą książkę i nabrałam ochoty, żeby zrobić swój zielnik z roślinami. Przy okazji pozyskiwania i zbierania ziół :).





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...