niedziela, 15 lutego 2015

Bieszczady - kilka migawek

Nie blogowałam ponad trzy miesiące, odpoczęłam od aparatu, gotowałam proste zdrowe posiłki (wiele przepisów jest na blogu, więc nie było czego pokazywać). W tym czasie dwa razy udało nam się z moim Panem w wolne dni - raz w listopadzie (spędzić w Bieszczadach), drugi raz na początku roku. Po listopadowym wyjeździe, był remont w mieszkaniu, teraz mamy - w jednym miejscu naszą domowa bibliotekę (wszystkie książki, czasopisma, zapiski i notatki itd. (wcześniej była tam graciarnia, tym bardziej się cieszę) :)
Bo oprócz gotowania, fotografowania, ziołolecznictwa, medycyny, kryminalistyki - książki to coś co kocham. 
 Nam o tyle trudniej gdziekolwiek wyjechać, bo mamy zwierzęta, dwa psy i dwa koty. W listopadzie psy zabraliśmy ze sobą, a koty na cztery dni zostały. Ale wyjeżdżając w sylwestra i wyjeżdżając na tydzień - koty pojechały z nami.

    Mama mojego Pana pochodzi z Bieszczad, tam się urodziła i wychowała. Dom po jej rodzicach stoi pusty, nikt w nim obecnie nie mieszka, należy do jednego z rodzeństwa mojej "teściowej", ale zawsze ktoś z rodziny może się w nim zatrzymać. Dziadkowie nie żyją. Zatrzymując się w domu po dziadkach, nie siedzi się nikomu na głowie. Przy naszych czworonożnych to jest najlepsze rozwiązanie.
               Cisza, spokój daleko od miasta.  

Psy przyzwyczaiły się do miejsca i są zadowolone, gdy dotrą na miejsce. W samochodzie w drodze śpią, albo obserwują drogę. Co do kotów była to ich pierwsza podróż, więc były zestresowane. Po dojechaniu na miejsce potrzebowały dnia na zaklimatyzowanie się. Jeden schował się w chacie już na miejscu,  tak że nie można było nigdzie go znaleźć (przesiedział cały dzień w szczelinie w jednym z łóżek, siedział w takim miejscu, że nie można było go dojrzeć). Ale po dniu czuły się jak u siebie. Drogę powrotna zniosły lepiej. 

Bengal i Bengala w drodze na Bieszczady.

 Ksena i Hajtka na miejscu.



Hodowla dzików spotkana podczas spaceru.

W Bieszczadach była ZIMA, ŚNIEG bo na Śląsku choć było chłodno, śniegu było jak na lekarstwo.
W chacie po naszym przyjeździe było chłodno (choć wujek przepalił). Po podróży mieliśmy problem z rozpaleniem w piecu kaflowym, bo dotarliśmy późno i zmęczeni (ja przynajmniej poszłam spać w swetrze, kurtce i przykryłam się dwoma kołdrami - jak jakiś niedźwiedź). Prawie survival, albo leczenie krioterapią :).


W czasie naszego pobytu - trochę śniegu spadło jak to w górach. Nawet udało się nam zakopać, bo nam zawsze musi się coś przytrafić (na szczęście miało to miejsce w pobliżu Straży Granicznej i zanim Panowie tam pracujący skończyli pracę). Pomogli w zamian za odmówienie jednej zdrowaśki na różańcu :).
 

Nasze śniadanie noworoczne - owsianka zawsze dobra na wszystko :).

Na miejscu upiekłam nawet ciasto, gotowałam, ale nie fotografowałam. W chacie był w kuchni kaflowej piekarnik - wyszorowałam i przetestowałam (a był nie używany z 10 lat, możliwe, że i więcej czasu). Wujek jak go spytałam, czy sprawny jest ów piekarnik - powiedział, że babcia swojego czasu w nim piekła i ciasta były dobre. Mogę stwierdzić i napisać, że pieczenie na wolnym ogniu i w takim piekarniku, to coś zupełnie innego niż pieczenie na prądzie czy nawet w piekarniku gazowym. Smak jest nieporównywalny.
Ucieszyłam się bo odkryłam, że przy tej kuchni jest jeszcze jeden piekarnik - rodzaj pieca chlebowego. Mam zamiar przy następnej wizycie upiec w nim chleb !

Moje nabytki książkowe  (będąc w Bieszczadach musiały być o Bieszczadach, innej możliwości nie widziałam).

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...