niedziela, 28 września 2014

Warsztaty Dzikiego Gotowania z Łukaszem Łuczajem (dwudniowe) i o tym skąd u mnie pomysł na warsztaty ?

Na warsztaty Dzikiego gotowania pojechałam z moim Panem w kwietniu zeszłego roku. Miałam zamiar pisać o nich po powrocie z do domu - ale stwierdziłam, że poczekam na to w jakim kierunku będzie szła ewolucja mojego myślenie na temat jedzenia i gotowania. ;)Zawsze byłam świadoma tego jak ludzie są uzależnieni od gotowego jedzenia, które mogą nabyć w każdej chwili i w ilościach jakie chcą. Wiem jak działają koncerny, które patentują nasiona itd. Widzę i wiem jak telewizja wpływa na ludzi - na to co wrzucają do koszyków w supermarkecie. Wiem jak działają koncerny farmaceutyczne - korzystając z niewiedzy ludzi i manipulując nimi - po to, żeby się wzbogacać. Interesuje się zastosowaniem leczniczym roślin i ziół. Supermarkety mijam - sporadycznie robię tam zakupy. Wiele rzeczy robię sama w domu z półproduktów które muszę niestety kupić.   Ja i mój Pan, wiemy kiedy pożywimy się tym czym nie powinniśmy. Ale w paranoję nie będziemy wpadać.
Piekę chleb, robię w domu twaróg, zdarza mi się zrobić masło, robię w domu domowy makaron, przetwory na zimę i wiele innych rzeczy. Ale jak nie mam czasu w ostateczności kupuję niektóre  produkty gotowe - niestety nie da się całkowicie odciąć od świata w jakim żyjemy. Ale możemy być świadomi i wybierać mniejsze zło.
Łukasz Łuczaj nie zrewolucjonizował mojego myślenia. Ale chyba mogę powiedzieć, że dał mi kolejne powody do przemyśleń. Ale są wśród nas ludzie, którym jest potrzebna rewolucja w myśleniu na temat jedzenia (że wiele rzeczy które rosną wokół nas da się zjeść, że jedzenie to nie tylko to co stoi na półce w supermarkecie). To samo tyczy się medycyny - że istnieje nie tylko medycyna akademicka, ale  także medycyna ludowa, niekonwencjonalna, zioła itd.
Na pewno Łukasz nie zadziwiał mnie swoją wiedzą  bo uważam, że każdą wiedzę można zdobyć, w każdej dziedzinie. Każdy musi sobie znaleźć niszę w której będzie działał - bo wszystkiego nie da się ogarnąć. Niszą Łukasza jest etnobotanika. Fajnie, że są ludzie tacy jak Łukasz, którzy propagują swój styl życia, swoje idee.
Nie wiadomo jakiej wiedzy na Warsztatach Dzikiego Gotowania nie zdobyłam. Wszystko
czego się tam dowiedziałam można znaleźć w książkach Łukasza i innych źródłach.
 Ale spróbowałam nowych rzeczy - o których wiedziałam, słyszałam, chciałam spróbować - nie miałam okazji, niektóre próbowałam wcześniej. Mogę przede wszystkim napisać, że miło spędziliśmy dwa dni.
Ja nie mam problemu ze zjadaniem dzikich roślin, ale nie będę gotować w domu samych dzikich potraw. Mój Pan to mięsożerca (zdarza mi się kupić mięso w sklepie - rzadko,  mamy dostęp do mięsa hodowanego na wsi). Eksperymentuje w kuchni - na talerz trafiają u nas dania bezmięsne, w tym i dzikie rośliny  - na początku mój Pan marudził, na wiele rzeczy, które dostał na talerzu - z czasem do wielu rzeczy się przekonał lub przekonuje. Wszystko małymi kroczkami ;)  Co do mnie mam ciągoty do tego co dzikie, nieskażone, zapomniane - taka moja natura.
Łukasza Łuczaja pierwszy raz zobaczyłam na kanale kuchnia tv w jego programie  "Dziki obiad"
  Był to akurat odcinek o frytkach z łopianu po japońsku i sałatce z liści lipy. O jedzeniu korzeni łopianu w kuchni japońskiej słyszałam. O właściwościach leczniczych korzeni łopianu - na przemianę materii, działanie moczopędne, o zastosowaniu zewnętrznym w trądziku i łojotoku. Kwiatostany lipy sama zbieram i suszę, stosuje jako herbatkę napotną oraz do płukania jamy ustnej w stanach zapalnych  jamy ustnej i gardła.
Ale żeby jeść liście lipy? Pomyślałam nie bardzo chyba? Teraz jak sobie wspomnę moją pierwszą reakcję myślę, że wielu ludzi tak reaguje! Ale później zaczęłam wszystko analizować, że przecież zielone to życie ?  itd. skoro jemy sałatę i inną zieleninę. Przecież to co zielone, nieprzetworzone jest lepsze, zdrowe, pełne witamin. Dziwi mnie teraz moja pierwsza reakcja na jedzenie liści z drzewa, może musiało się obudzić się w mojej głowie coś  co usnęło ?? Po tamtym programie minął może z niecały rok -  natknęłam się na artykuł w magazynie kuchnia o Łukaszu.
Dowiedziałam się z niego, że prowadzi Kulinarne Warsztaty Dzikiego Gotowania na Pogórzu Dynowskim niedaleko Krosna.
Właśnie wtedy zaczęła mi kiełkować myśl ,że pojechałabym na takie warsztaty. Minął kolejny rok i pojechaliśmy na te pierwsze kwietniowe - kiedy to wszystko budzi się do życia. Kwiecień zeszłego roku był kapryśny - tydzień przed terminem warsztatów spadł śnieg. Nawet myśleliśmy, ze warsztaty się nie odbędą - ale w przeciągu tygodnia się ociepliło. 


 DZIEŃ 1 (sobota)
My dojechaliśmy w dniu warsztatów, ale można przyjechać dzień wcześniej i przenocować.
Myślę, ze w skrócie napiszę o tym co jedliśmy na warsztatach.

Na śniadanie zjedliśmy placki z dodatkiem pokrzywy oraz jajecznicę z dodatkiem liści czosnku niedźwiedziego. Nie mam zdjęć bo dojechaliśmy na ostatnią chwilę. Gdzie chwilę później wychodziliśmy do lasu po rośliny z których były przygotowane kolejne potrawy.

*
 M.in spuszczaliśmy sok z brzozy i buka (akurat termin warsztatów tak wpasował się w czas, kiedy można było spuszczać sok z drzew).


Pierwsze oznaki wiosny - warsztaty odbyły się 13-14 kwietnia 2013


Z przechadzki za dzikimi roślinami przynieśliśmy m.in bulwy topinamburu. Poniżej bulwy topinamburu - widać jeszcze pozostałości śniegu (który spadł tydzień przed terminem warsztatów). Mój Pan z workiem z topinamburem - widać, że jeszcze miejscami było wtedy mokro - kalosze się przydały. Wracaliśmy się po nie do domu zanim wsiedliśmy do samochodu bladym świtem, żeby dojechać na warsztaty.

*
Kolejna przekąska
Bulwy  topinamburu wypłukane, posiekane i usmażone na oleju.



*
W trakcie przechadzki po okolicy spotkaliśmy mrowisko - zebraliśmy trochę mrówek - na kolejną przekąskę. Mrówki nam smakowały :).

*
Następna dzika przekąska - frytki z korzenia czyśćca.

Zbieraliśmy m.in takie rośliny jak ziarnopłon, kokoryczkę (z malutkimi bulwami),pokrzywę, głuchą pokrzywę - jasnotę, żywiec gruczołowaty.
Rośliny te były dodawane do kolejnych gotowanych potraw.


*
zupa pokrzywowa z topinamburem


*
zupa z dodatkiem zebranych roślin - z pomidorami

Pierwszego dnia robiliśmy - również dół ziemny (w którym piekliśmy mięso). O dole ziemnym myślę, że zrobię osobny post. Na naszych warsztatach mieliśmy pecha mięso w dole się nie upiekło, szkoda, ale czasem wypadki przy pracy się zdarzają.
Ługowaliśmy żołędzie, które dodawane były do kolejnych potraw. Ługowanie czyli moczenie w ługu
(wodny roztwór popiołu z drzew liściastych). Kilka łyżek popiołu wystarcza na niewielki garnek. Mocząc żołędzie w takim ługu pozbywamy się z nich tanin czyli goryczki.

Powyżej żołędzie w czasie obróbki
Wyłuskane żołędzie ze skorupek

*
Ostatnią rzeczą tego dnia, którą jedliśmy  nazwałabym to potrawką, teraz już nie pamiętam, ale składała się ta potrawa z piersi kurczaka, jajek, dodane były żołędzie, zielone rośliny i pieprz syczuański (z tą przyprawą się chyba nie polubię - o nim chciałabym napisać osobno).

Jedliśmy tę potrawkę z makaronem ryżowym i Łukasz otworzył do niej marynowane rydze.

Chyba w skrócie tyle o pierwszym dniu ;)

 DZIEŃ 2 (niedziela)

Nie wspominałam wcześniej, ale widać na zdjęciach, że wszystkie potrawy  gotowane były na palenisku zrobionym z kratki budowlanej do przesiewania piasku i żwiru na budowach.

Poniżej dokładnie widać palenisko.


Niedzielne śniadanie - jajecznica z liśćmi pokrzywy i podpłomyki z dodatkiem pokrzywy i liści czosnku niedźwiedziego.

Po  śniadaniu wybraliśmy się po kolejne rośliny- z wyprawy przynieśliśmy m.in kłącza pałki wodnej, korzenie dzikiej marchwi, korzenie łopianu, liście kaczeńca,  zebraliśmy również po drodze ślimaki.

Drugiego dnia pożywialiśmy się m.in
*
frytki z korzenia łopianu



*
curry z zebranymi roślinami i nasionami wyki ptasiej (moczona przez noc). Curry jedliśmy z ryżem. Nasiona wyki smakują jak soczewica.

*
ślimaki

Zebrane ślimaki najpierw były
  moczone w occie, później gotowane. Po ugotowaniu wyciągane ze skorupek.
I oczywiście oprawiane - czyli oddzielaliśmy wypełnione treścią roślinną niesmaczne jelita od reszty ciała. Zdjęcie powyżej pokazuje etapy przygotowania ślimaków  do spożycia.

Na zdjęciu  powyżej były gotowane zielone rośliny jakie nam zostały z naszej wyprawy do lasu czyli pokrzywa, ziarnopłon, żywiec + korzeń dzikiej marchwi + korzeń pałki wodnej z dodatkiem oporządzonych ślimaków. Ślimaki smakują jak gotowane kurze żołądki.
Z racji tego, że były to warsztaty kwietniowe - i jak pisałam na początku tego posta tydzień przed warsztatami  spad śnieg, w przeciągu tygodnia się ociepliło - wszystkie rośliny dopiero co wschodziły. Nie mam zdjęć wszystkich roślin, nie wszystkie sfotografowałam.
Poniżej wymienię rośliny, które wykorzystane były do gotowania (w ciągu tych dwóch dni warsztatów). Oczywiście te o których pamiętam bo nie robiłam notatek - polegałam więc na mojej pamięci (która nie jest najgorsza i chłonna) ;)
Jedliśmy na warsztatach  albo dodawaliśmy do gotowanych potraw rośliny lub kłącza roślin t.j
* czosnek niedźwiedzi i  (liście i bulwy),
* liście ziarnopłonu
* liście kokoryczy pełnej w tym i małe bulwy
* żywiec gruczołowaty (liście)
* pokrzywa zwyczajna (liście)
* głucha pokrzywa jasnota (liście)
* kaczeniec (liście)
*kłącza czyśćca błotnego
*kłącza topinamburu
* kłącza pałki wodnej
* korzenie dzikiej marchwi
* korzenie łopianu
*pędy skrzypu polnego
*wyka ptasia
* żołędzie
kłącza pałki wodnej szerokolistnej


pokrzywa zwyczajna

ziarnopłon

Na warsztatach byli także znajomi Łukasza - Sebastian (ma gabinet akupunktury i akupresury) ze swoją żoną Harmony  (Harmonii) pochodzącą z Chin. Na sam koniec to ona królowała przy gotowaniu. Poniżej kilka zdjęć z końca warsztatów :)




Lepimy pierogi z farszem z dzikich roślin

 
Połączyliśmy siły w lepieniu pierogów, a oto i  efekt końcowy naszej pracy :)

Na zakończenie - co do warsztatów, ja mam niedosyt, jak dla mnie za mało wiedzy, dla mnie odpowiednia dawka wiedzy jest wtedy gdy czegoś nie mogę ogarnąć. A tu z ogarnięciem wiedzy i roślin jakie zbieraliśmy nie miałam problemu. Może dlatego, że dzikie rośliny i zioła są w gestii moich zainteresowań jednym z bardzo wielu, moje wykształcenie nie jest z tym w żadnym stopniu powiązane :).
Myślę, że jednak na warsztaty chciałabym wrócić, ale jesienią, gdzie jest więcej roślinności, jadalnych owoców i grzybów. Co do ceny ? dla mnie za dużo. Ale czasem wiedza, kolejne doświadczenia w życiu  i ciekawość - kosztują :).
 Jednak skłonna byłabym zapłacić więcej gdybym żywiła się na takich warsztatach samą dziką roślinnością (bez zapychaczy) w  warunkach polowych. Wiem, ze od tego roku Łukasz wrócił do pierwotnej formy warsztatów (obozowanie na leśnej polanie). Mnie bliżej do takiej formy pod chmurami - bez kominka i bieżącej ciepłej wody. Dotąd uczestnicy warsztatów rezydowali w chacie w Rzepniku (w tym uczestnicy warsztatów na których ja byłam).

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...