środa, 5 kwietnia 2017

"Robot i Frank" - film, który zasiał ferment w mojej głowie, opowiadający o tym jak będzie wyglądać nasz świat w niedalekiej przyszłości..... a może raczej dający do myślenia jak już ten świat się zmienia!!!

Pewnego dnia wolnego od pracy, po spacerze z psami.....napaleniu w mieszkaniu, bo jeszcze zimno było jak to w marcu! Nie mogliśmy dojść do porozumienia co do tematu filmu, który chcielibyśmy obejrzeć po kolacji, a interesowałby nas oboje. Często tak mamy sporty walki na ekranie mogę oglądać, to już strzelanin na ekranie nie znoszę (chyba, że film ma jakieś drugie dno). Ja bardzo często wolę psychologiczne smęty i historie, które inspirowane były tym co ludziom przyniosło życie.

Tym razem to ja miałam wybrać co obejrzymy. Często dziwnym trafem wybieram filmy, siejące niezły ferment w mojej głowie (tym razem film, który wybrałam szczególnie nie dawał mi przez dłuższy czas spokoju po jego obejrzeniu)!!! Dlaczego nie dawał mi spokoju i co w nim takiego było??? O tym będzie za chwilę.

Zanim zacznę pisać moje wrażenia po obejrzeniu filmu, napiszę tu jak opisywany jest ten film:
Nieodległa przyszłość. Frank, emerytowany włamywacz ma dwójkę dorosłych dzieci
uważających, że ojciec nie powinien mieszkać sam. Rozważają umieszczenie go w domu opieki, lecz syn Franka wpada na inny pomysł. Wbrew życzeniu ojca, kupuje mu chodzącego, mówiącego humanoidalnego robota zaprogramowanego, by dbać o zdrowie fizyczne i umysłowe starszego pana. To co następuje dalej przechodzi najśmielsze oczekiwania. "Robot & Frank" to pogodna, pełna humoru i jednocześnie wzruszająca opowieść o tym, że przyjaciół i rodzinę można znaleźć w najmniej spodziewanych miejscach.

W tym filmie syn chcąc zatroszczyć się o swojego ojca mającego problemy z pamięcią zamiast umieszczać go w Instytucie mózgu przywozi mu humanoidalnego robota (model KAMERDYNER), aby ów robot troszczył się o niego. Z początku ojciec jest przeciwny i buntuje się, twierdząc, że nie potrzebuje mechanicznej niańki.  Bunt jednak szybko ustaje i Frank przyzwyczaja się do robota. Robot gotuje sprząta, uprawia ogródek , z Frankiem spacerują, rozmawiają, mają nawet wspólny sekret....
Pewnego dnia zjawia się z odwiedzinami  u ojca jego postrzelona córka i unieruchamia robota (na czas jej pobytu u ojca).....bo przecież nie można wysługiwać się maszyną. Frank jednak tak przyzwyczaił się do maszyny, że chce  ponownego włączenia robota i jest zły na córkę.
Po kilku dniach bez robota zaczyna panować w domu bałagan, a dania córki okazują  się mało smaczne...w porównaniu z tym co przygotowywał robot.

 Na pewno zgodzę się, że to co się dzieje w filmie to co jest w nim przedstawione to nieodległa przyszłość. Ale czy taka nieodległa? Wiele rzeczy dzieje się na naszych oczach i widzimy coś, ale czy zdajemy sobie z nich sprawę, z konsekwencji, jakie one przynoszą. Roboty i maszyny zastępują już przecież człowieka (w niektórych wielkich marketach są już kasy fiskalne, które klient obsługuje sam: klient kontra maszyna, zamiast klient kontra sprzedawca. Gnębi mnie wiele problemów współczesnego świata: cieszy mnie postęp w wielu dziedzinach, ale dla mnie zawsze jest jakieś, ale....
Jestem ciekawa do jakiego stopnia, roboty i maszyny zastąpią człowieka, przecież zmiany i odkrycia w różnych dziedzinach dzieją się na naszych oczach. Mam świadomość tego, że postęp, którego jesteśmy świadkami nie jest zawsze korzystny dla ludzkości.
O ile zaakceptowałabym roboty, które pracowałby w takich miejscach jak szyby kopalniane czy tereny wysokogórskie. Człowiek pracując w takich miejscach jest narażony na utratę swojego życia czy zdrowia ratując często innych lub po prostu wykonując swój zawód.
To już chyba nie potrafię zaakceptować sytuacji gdzie roboty miałby zastąpić relacje międzyludzkie (tak jak Frankiem miał się zająć robot, a który miał dwoje dzieci -  włócząca się po świecie  zakręcona córka i syn zapracowany biznesmen).
Tak miałoby być w przyszłości, będą nam dzieci nabywać roboty, aby się nami zajmowały i nie będziemy się w ich towarzystwie czuli osamotnieni. A jeśli dopadnie nas starcza demencja to nawet nie będziemy wiedzieć w czyim towarzystwie przebywamy (robota?, a może człowieka?).

Cóż, pisząc tą notkę.....zastanawiam się......jeśli po przyjeździe do Franka córki i kiedy robot został wyłączony (córce nie bardzo było po drodze ze sprzątaniem, a obiad ugotowała gorszy od niego....
Czy w przyszłości w każdym domu będzie taka mechaniczna gosposia....... Ludzi nabywali i nabywają do swoich gospodarstw pralki, zmywarki........to idąc tym tropem ułatwimy sobie życie i  w przyszłości roboty gosposie domowe pojawią się w naszych domach i będą standardem ??? Wielu rzeczy przecież obecnie nie robimy z lenistwa, zasłaniając się brakiem czasu !!!!! Wyobrażacie sobie te reklamy "Robot gosposia: wyręczy cię w każdej czynności w domu: ugotuje, posprząta, obsłuży. Jedyny w swoim rodzaju....." Czyż nie brzmiałoby to kusząco???
Tak się zastanawiam i jestem pewna, że niewielu pewnie dałoby radę współcześnie zrobić pranie z całego przykładowo tygodnia ręcznie (aby było dokładnie uprane, gdzie byłoby nieodwirowane i dłużej schło...). Nie wspominając tu o praniu w ten sposób bielizny pościelowej itd. Tak sobie myślę wielu miałoby problem współcześnie z praniem bez pralki automatycznej.......to w przyszłości wielu będzie miało z włożeniem prania do pralki i jej włączeniem...... Ręce zastąpiła pralka, ręce segregujące i wkładające pranie do pralki zastąpi robot??? Wracasz do domu i widzisz, że wszystko za Ciebie zrobił robot!!!!, a w Twojej pracy też zastąpiono Cię robotem...... Wyobrażasz sobie takie życie???
A gdy robot się zepsuje, bo nie jest stworzony z całkiem trwałych surowców....
Przecież współczesne kobiety prowadzące domy umieją coraz mniej niż ich matki czy babki. Czy, aby dorównać w przyszłości robotom będziemy wstrzykiwać sobie czipy?
Dalej rozmyślając nad robotami w naszym życiu w przyszłości: A jeśli w przyszłości dojdzie do tego, że nie będziemy wiedzieli czy osoba z którą rozmawiamy jest tak naprawdę - prawdziwym człowiekiem!!!!!!!
Przecież medycyna jest w stanie stworzyć sztuczne narządy wewnętrzne człowieka, które zastępują z powodzeniem te ludzkie jak np. sztuczne serce.  Jeśli jesteśmy w stanie wytworzyć sztuczne serce.......to jednym z kolejnych organów, które stworzymy będzie MÓZG.
Stworzony przez człowieka mózg........umożliwiłoby nadanie robotom ludzkiego charakteru....a może i odczuwałby one ludzkie emocje.

Czytuję przed obejrzeniem danego filmu zarys fabuły, aby wiedzieć co będę oglądać i o czym. 
O "Robocie i Franku" przeczytałam, że to kino proste i przyjemne, film w którym nie będziemy zmuszeni do refleksji.....że reżyser skupia się jedyni na opowiedzeniu ciekawej historii oraz, że nie przesadza w ingerowanie zbytnio w świat fantastyki naukowej!!!!
Czasem czytając o danym filmie czy książce to co ktoś napisał i zastanawiam się czy ten ktoś z uwagą zapoznał się z tym o czym pisze. Może ten film to kino łatwe i przyjemne (bo Frank i robot zaskakują widza nie raz zabawnymi ripostami  podczas swoich dialogów).
Na pewno jednak nie stwierdzę, że film to zabawna historyjka. Dla mnie to film, który dał mi powody do zastanowienia  się jak będzie wyglądać nasz świat w przyszłości.
Podsumowując :nie wyobrażam sobie, abym koegzystowała będąc w podeszłym wieku z robotem, który zastąpi mi bliskich!

niedziela, 26 marca 2017

pieczarki panierowane / panierowane i smażone kapelusze pieczarek

Ciągle szukam alternatyw dla dań mięsnych (w mojej kuchni mięso gości coraz rzadziej). Przyczyny?! Świadomość tego skąd pochodzi większość produktów mięsnych, które możemy nabyć. W głównej mierze rozchodzi mi się o to jak żywione  i traktowane są zwierzęta. Daleko mi do konsumpcjonizmu, uważam że jedzenie jest po to, aby dostarczyć organizmowi energii i siły do działania, a nie po to aby się obżerać i je marnować.

Dziś jeden z dodatków do obiadu,  które przygotowuje jeśli dostanę duże pieczarki.  Małe również można przygotować w tez sposób, ja jednak wolę duże bo imitują mi kotlety schabowe. Wychowałam się na niedzielnych schabowych - teraz przynajmniej czasami taki zamiennik ląduje na moim talerzu.
Jeśli pieczarki mamy świeże i szczelnie opanierowane - wychodzą wilgotne i miękkie w środku z chrupiącą panierką na zewnątrz.

Składniki:
kilka dużych kapeluszy pieczarkowych (ja miałam 6)
3 jajka wiejskie (ja miałam mniejsze)
około szklanki bułki tartej - bułki wedle uznania, w zależności jak grubą panierę lubimy
sól
papryka ostra w proszku
olej do smażenia

Wykonanie:
Pieczarki myję pod bieżącą wodą. Osuszam i solę oraz posypuję ostrą papryką w proszku. Do jednej miski wsypuję bułkę tartą, w drugiej roztrzepuję widelcem jajka. Obtaczam pieczarki najpierw w jajku, a później w bułce tartej. Wrzucam opanierowane kapelusze na rozgrzany na patelni olej. Smażę pieczarkowe kapelusze z obu stron, aż panierka będzie miała złoty kolor. Oczywiście uważam, aby nie przypalić panierki.

Smaży pieczarkowe kapelusze tak, aby były miękkie i wilgotne w środku i uważamy, aby nie przypalić panierki na zewnątrz.

* do bułki w której panierujemy pieczarki, możemy dodać ulubione zioła.

sobota, 25 marca 2017

zupa krem z brokuła podana z duszonymi pieczarkami i prażonymi orzechami włoskimi

 Zupy kremy obok tradycyjnych zup goszczą w mojej kuchni bardzo często. Marchewkowa,  grochowa, czosnkowa, kukurydziana czy brokułowa. Takie zupy to dla mnie wybawienie, jeśli obiad ma natychmiastowo wylądować na talerzu. Takie zupy podaję z różnymi dodatkami, dzisiejsza brokułowa została podana z pieczarkami poduszonymi na maśle i orzechami włoskimi. Jak dla mnie dodatki do zupy były idealnie skomponowane - nie tylko pod względem smaku, ale i jako zbilansowany posiłek, dostarczający wszystkiego czego nasz organizm potrzebuje.
 
Nasza dieta powinna być zbilansowana i racjonalna, u mnie goszczą różne produkty spożywcze w tym i brokuły (nie tylko gotowane), ale i w postaci właśnie zup. Dziś przepis na jedną z nich.
 
 Co zawierają brokuły, że warto je konsumować?
Brokuły podobno zawierają  składniki pomagające organizmowi radzić sobie z substancjami potencjalnie rakotwórczymi. Zawierają też na dobrym poziomie, wiele innych substancji odżywczych czyli solidną porcje błonnika pokarmowego, przyjazną kością witaminę K, antyutleniającą witaminę C, chroniące oczy karotenoidy: luteinę, zeaksantynę.
Składniki:
2 brokuły (każdy miał u mnie 500g)
3 większe ziemniaki
duża cebula
sól
ostra papryka w proszku
garstka orzechów włoskich
kilka pieczarek
3 łyżki masła
 
Wykonanie:
Brokuły płuczę dzielę na kawałki. Trzonki każdego obieram z grubszej wierzchniej warstwy. Ziemniaki obieram, płuczę i kroję w kostkę. Cebulę obieram i siekam w kostkę. Warzywa układam w garnku, zalewam wodą (wody tyle, aby przykryła warzywa). Dodaję do garnka dwie łyżki masła i solę do smaku. Gotuję wszystko do miękkości około 20minut. W tym czasie podprażam na suchej patelni posiekane orzechy włoskie. Następnie obieram pieczarki, kroję w plasterki i duszę je na patelni na łyżce masła do miękkości. Ugotowane warzywa miksuje w blendrze na gładką i jednolitą masę.
Rozlewam zupę na talerze, dekoruję ją podprażonymi orzechami włoskimi i podduszonymi pieczarkami. Na koniec wierzch zupy posypuję ostrą papryką w proszku.
 
*przed blendowaniem zupy możemy odłożyć kilka kawałków ugotowanych różyczek brokuła do dekoracji zupy.

 

 

czwartek, 23 marca 2017

"Apetyt" Phillipa Kazana - czyli powieść nie tylko o człowieku obdarzonym geniuszm kulinarnym, ale i o walce o swoje marzenia i uczucia!!!

"Apetyt" to książka, którą osoby lubiące gotować, gotujące czy takie ,które fascynuje gotowanie powinny przeczytać (choć nie tylko one bo lektura tej książki może pobudzić naszą wyobraźnię :) Jednak jeśli chodzi o mnie ta książka, niczym mnie nie zaskoczyła, w zachwyt też nie wpadałam.........jednak była to lektura, przy której miło spędziłam czas..... choć miałam kilka takich momentów, że chciałam książkę odłożyć, bo opisy miejsc i ludzi  spowalniały mi narrację.....domyślałam się miejscami co się wydarzy....ale  były miejsca, że opisy mi się podobały i chłonęłam wtedy każde słowo.
Co do "Apetytu" kilka lat temu byłabym tą książką zachwycona (teraz kiedy już coś widziałam czytałam) w zachwyty wpadam coraz rzadziej! Napiszę jednak, że ta książka w swoim gatunku to bardzo dobra powieść.
Powieść oryginalna bo głównemu bohaterowi zostały nadane cechy raczej niespotykane w literaturze - jest wrażliwy na smaki i zapachy, co poczyniło go osobnikiem o niezwykle bujnej wyobraźni. Plus dla autora książki, że tak zgrabnie udało mu się połączyć w książce wątki historyczne, z powieścią obyczajową i wpleść w to wszystko jeszcze tematykę kulinarną. Ale co do tej tematyki kulinarnej nic zaskakującego, bo Philip Kazan w swoje doświadczenie życiowe wpisane ma takie profesje jak krytyk kulinarny czy właściciel restauracji. Dodatkowo autor w książce zgrabnie połączył proporcje czyli pasję , miłość czy sztukę - czytając nie miałam przesytu, że czegoś jest za dużo. Ciekawie zostały wplecione w fabułę historyczne postaci, które były znaczące dla włoskiego renesansu m.in.Leonardo da Vinci, Sandro Boticelli, Medyceusze czy rodzina Borgiów.
Fabuła książki nie jest jakaś wymyślna....bo jak wielu książkach (tak i w tej książce) bohater przeżywa nieszczęśliwą (choć odwzajemnioną miłość) i to ona daje mu chęci do życia, staje się motorem jego życia.
Główny bohater książki młody niezbyt bogaty florentyńczyk (syn rzeźnika) o imieniu Nino zakochuje się w swojej przyjaciółce Tessinie z okresu dzieciństwa. Jednak jak to w życiu i na kartach książek bywa, nie jest im dane bycie razem. Przeszkodą staje się leciwy baron z którym rodzina Tessiny postanawia ją zaręczyć. Później mamy kilka przypadkowych spotkań i potajemnych schadzek i to wszystko na co może pozwolić sobie para zakochanych. Los oboju nie sprzyja, a po fortelu w który został wplątany Nino, zmuszony jest uciekać z Florencji.
Ucieczka Nina z Florencji daje zaczątek przygód, które zaprowadzą go, aż do kuchni samego papieża.

 
Jednym z motywów, rzeczy opisanych w książce, które są stare jak świat  to namiętności, które zazwyczaj targają ludźmi i to prowadzi ich do sukcesu, albo porażki. Namiętności, które stały za Ninem doprowadziły go do sukcesu (choć nie od razu). Pierwsze zrodziły się po śmierci matki, kolejne z niemożności zaspokojenia uczucia do Tessiny (miłości jego życia). Nino zatracał swoje smutki w gotowaniu. Ciekawie według mnie było opisane w książce szukanie przez głównego bohatera smaku idealnego. Czasem poczynania kuchenne Nina wywoływały uśmiech na mojej twarzy - miałam wrażenie, że ta jego pasja gotowania trąci, zakrawa na całkowitą obsesję na punkcie łączenia, mieszania i próbowania wszelkich dostępnych produktów spożywczych. Sam Nino na kartach powieści powiedział o swoim gotowaniu: "Niektóre potrawy wychodziły mi dobrze, innych nie przełknął by nikt poza mną. Wyrzucając kolejne dania z rzędu, Carenza straciła do mnie cierpliwości i zabroniła mi wchodzić do kuchni. Wówczas kompletnie odechciało mi się jeść, zacząłem kosztować rzeczy , których nikt inny by nie jadł: żelazną zasuwę w oknie, lakier na ramie łóżka, pajęczyny". Innym razem Nino spróbował jak smakuje śmierć: "W pokoju unosił się zapach potu, lawendy, tymianku i nocnika: gdy ksiądz pchnął mnie lekko w stronę ciała, a ja ukląkłem przy łóżku, ująłem jej palce, które zdążyły już ostygnąć i podniosłem je niechętnie do ust, jej skóra pachniała dokładnie tym samym. Dotknąłem wargami żył wybrzuszających grzbiet jej dłoni i zrobiłem to co zawsze: polizałem i posmakowałem skóry".
Ja znalazłam w postaci Nina bratnią duszę i podobieństwo do siebie. Sama czasem mam zapędy, aby mieszać w kuchni wszystko z wszystkim, ale się powstrzymuje bo o ile ja bym skonsumowała efekt końcowy moich poczynań kuchennych, o tyle moi współbiesiadnicy niekoniecznie.  Ciekawi mnie smak bardzo wielu rzeczy, jeśli nie spróbuję czegoś to przynajmniej jestem ciekawa zapachu.....przedmiotu, rzeczy czy miejsca....
Większość ludzi nie zastanawia się nad tym jak dana rzecz smakuje.....na pewno jednak nie wielu to robi (przyglądając się poczynaniom kulinarnym głównego bohatera, na pewno zastanowimy się jeśli tego wcześniej nie robiliśmy, że wszystko ma swój niepowtarzalny i wyjątkowy smak - pieczeń, owoce, przyprawy. Nino, nasz wirtuoz kulinarny powieści twierdzi, że cegły, pajęczyny czy śmierć mają swój smak, a raczej, że śmierć go akurat nie ma.....Ja jednak nie zachęcam do takich eksperymentów!!!
Przy czytaniu książki nachodziły mnie refleksje -czym jest dla większości gotowanie? Doszłam do wniosku, że dla większości jest czynnością przyziemną starą jak świat (trzeba jeść by żyć i funkcjonować). To, że coś już jest smaczne to już sprawa drugorzędna, choć w czasach konsumpcjonizmu niekoniecznie. Dla bohatera książki gotowanie było sztuką. Dla mnie gotowanie poniekąd jest sztuką, bo podanie na stół jakiegokolwiek dania, które będzie perfekcyjnie i własnoręcznie ugotowane jest na pewno sztuką!!!!
 
Opis z tyłu okładki głosi "W XV -wiecznej Florencji, mieście zmysłów każdy jest artystą. Młody Leonardo Da Vinci uczy się mieszania pigmentów, a Nino Latini łączy cynamon, pieprz, gałkę muszkatołową i wanilię....." Cóż pod takim kątem nigdy nie patrzyłam na malarstwo i kulinaria. Czasem zabierając się za książki innego gatunku, niż preferujmy, możemy spojrzeć na coś zupełnie inaczej niż dotychczas. Chyba na tym polega magia czytania.
 
 Często czytając daną książkę utożsamiam się z bohaterami, z niektórymi się identyfikuje, jedni budzą moją sympatię inni po prostu denerwują (często nie ważne czy dana książka to fikcja literacka czy prawdziwe wydarzenia). Z każdej czytanej książki staram się coś wynieść czy zapamiętać.
Poniżej jeden z wielu fragmentów "Apetytu", który dał mi do myślenia:
"Mama obserwowała mnie, zawsze stojąc na progu. Zganiła mnie za to, że spróbowałem środka do czyszczenia miedzi, lecz przeważnie pozwalała mi robić to na co miałam ochotę, pod warunkiem, że nie było to nic szczególnie szalonego ani niebezpiecznego....."
Co mnie skłoniło do refleksji, kiedy czytałam ten fragment w książce ? Sama nie mam dzieci, ale jeśli bym je miała postępowałabym tak jak matka głównego bohatera wychowując swoje pociechy. Sama byłam przecież dzieckiem i wiem ile bym dała, aby móc robić daną rzecz (która mi w żaden sposób nie szkodziła, tym bardziej nikomu wokół. Za to często nie tyle przez rodziców, ale przez osoby w mojej rodzinie byłam ganiona (wpajano mi, że tego czy tamtego się nie robi, albo czegoś w dany sposób się nie robi - a często robienie danej czynności czy wykonywanie czegoś nie wpływało na efekt końcowy. Tak jak w matematyce jedno zadanie, kilka sposobów jego wykonania i wynik ten sam.
 
Co dała mi ta książka, czego mnie nauczyła, co z niej wyniosłam?  Powieść ta to nie tylko opowieść o człowieku obdarzonym nieprzeciętnym geniuszem kulinarnym, ale opowieścią o walce o własne marzenia i uczucia. Wiem na pewno, że aby wygrać jedno i drugie w życiu trzeba być prawdziwym szczęściarzem. Jednak niczego zazwyczaj nie dostajemy za darmo - ja czytając tę książkę po raz kolejny przekonałam się, że determinacją i ciężką pracą możemy osiągnąć wszystko.
 
Co mnie ujęło w książce? Po raz kolejny tym razem czytając właśnie "Apetyt" ,przekonywałam się, że na świat należy patrzeć przez pryzmat ulotnych chwil, których na co dzień nie dostrzegamy. Poza tym podobał mi się sposób w jaki autor w książce pisze o tym, że dania pachną domem do którego wracamy, że potrawy smakują w zależności w jakim stanie ducha się znajdujmy, przywołują miejsca w których byliśmy czy zależą od tego ile serca włożyliśmy w przygotowanie posiłku.

Poniżej kilka fragmentów z "Apetytu", które są kwintesencją tego od czego zależy dobre jedzenie i z czym nam się ono kojarzy, jak przywołuje ono wspomnienia:
*"Było to danie, które gotowała Carenza......, Pachniało domem i szczęśliwym powrotem do domu z długiej podróży.....";
 
*"...bo to jak coś smakuje, zależy od naszego stanu ducha.....wszystko jest relatywne i zależne od naszych zmiennych predyspozycji, nieskończenie zróżnicowane";
 
*"Wszystko pyszne szczere i proste. Nie dbając o humory zjadłem rybę, wysysając każdą ość, i popiłem gęstym pikantnym wiejskim czerwonym winem z okolicznych gór. Czułem na języku smak miasta i okolic: ryba pływa w rzece, która przecięła mi drogę, oliwki rosły dwa kroki stąd, świnia ryła w lesie, przez który przejeżdżałem, a orzechy obwąchiwanych przez nią pinii zdobiły kiełbaski z jej mięsa. Jadłem esencję tej ziemi. Miasto pozostanie dla mnie na zawsze bezimienne, lecz nawet teraz potrafię, lecz nawet teraz potrafię odtworzyć je we wspomnieniach, bowiem nie zapomniałem żadnego z jego smaków",
*"Tysiące razy przyprawiałem mięso w ten sposób. Lecz teraz poczułem coś więcej. Duszę. Coś co wprawia naszą duszę w ruch i czyni nas żywymi istotami."

Czego nie lubię gdy promuje się daną książkę?
Nie lubię na okładkach książek rekomendacji znanych osób, często takie książki mnie odstraszają......ale często przed kupnem książki czytam w księgarni fragmenty i dopiero decyduję. Nie znoszę także porównań nowości wydawniczych do klasyki literatury. Porównanie "Apetytu" do "Pachnidła"?! - hm pierwszą z nich czytałam z przerwami, dla drugiej dawno temu zarwałam noc. Dla mnie jest różnica, ale są różne gusta czytelnicze.
Choć muszę przyznać, że do mnie opisy w "Apetycie" związane z zapachami i zmysłem węchu przemawiały i miałam czasem wrażenie, że znalazłam się w samym centrum XV wiecznej Florencji np. "Nie czułem zapachu kadzidła, które na pewno gdzieś tam było, ani drobinek brudu: kościelnego kurzu, zanieczyszczeń, które pozostawiali po sobie ci wszyscy wierni, te wszystkie złote płaszcze i drewniane trumny, ten cały wosk spływający ze świeczek, ta cała nadzieja..... "
lub
"Szlak, który obrałem, powinien prowadzić wśród kurtyn zapachu i smrodu: kształtna radość świeżo upieczonego chleba, kosz pełen lilii niesionych do kościoła, natarczywy smród brudnych dziecięcych pieluch, rozdeptane główki czosnku, rozżarzone węgle, pachy, ekskrementy mężczyzn kobiet, psów, kotów, gołębi, szczurów, nietoperzy i much tworzące jeden zwarty gnój, świeża śliska ryba o ostrym zapachu, rozgrzane cebule olej i słonina, wyrazista woń dwóch ciał złączonych w mozolnym akcie, niesiona przez mężczyzn wracających do domu z burdeli...."
 
 Podsumowując - "Apetyt" jak na książkę z wątkami historyczno - kulinarnymi na pewno warta uwagi. Choć to nie jest ambitna pozycja, mnie miło się ją czytało. Polecam!

poniedziałek, 6 marca 2017

sernik z polewą czekoladową domową

 Składniki:
1 kg sera twarogowego (tym razem kupiłam ser w folii, trzykrotnie mielony), ale może być i z wiaderka)
8 jajek
100 g masła o zawartości tłuszczu minimum 82%)
3 łyżki mąki ziemniaczanej
około 100 g rodzynek (opcjonalnie)
 
Wykonanie:
Masło z cukrem ucieram na puch. Następnie do utartego masła z cukrem dodaję po łyżce twarogu i po żółtku. Cały czas ucieram. W osobnej misce ubijam pianę z białek na sztywno (ze szczyptą soli). Ubitą pianę z białek dodaję delikatnie do masy twarogowej. Delikatnie, żeby nie zostały rozgniecione pęcherzyki powietrza.
Masę na sernik delikatnie przelewam do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Sernik piekę godzinę w 180 °C, przed końcem pieczenia  (15 -20 minut) ustawiam zawsze termoobieg w piekarniku. Po upieczeniu zawsze zostawiam sernik do ostygnięcia w piekarniku.
Ostudzony przekładam na paterę i polewam polewą czekoladową.

Składniki na polewę czekoladową:
około 60g-70g masła o zawartości tłuszczu minimum 82 %
1/4 szklanki cukru
 łyżka dobrego kakao
 łyżka wody lub mleka

Wykonanie:
Kakao rozprowadzam w mleku lub wodzie
Do rondla wrzucam masło i cukier oraz rozmieszane kakao w mleku lub wodzie. Stawiam garnek na ogniu i mieszam wszystko do czasu, aż masło z cukrem się rozpuszczą oraz do połączenia się wszystkich składników. Ma powstać gładka i jednolita masa.

środa, 1 lutego 2017

owsianka z karmelizowanym jabłkiem i pomarańczą


Składniki:
5łyżek płatków owsianych
kubek ok.250 ml mleka

Wykonanie:
   Mleko wlewam do garnuszka, wsypuję płatki owsiane. Włączam gaz doprowadzam do wrzenia i chwilę gotuję. Przelewam do miseczki.
 
Karmelizowane jabłko i karmelizowana pomarańcza:
 pół jabłka i pół pomarańczy
łyżeczka masła
łyżka cukru (zwykły lub trzcinowy)
szczypta cynamonu (opcjonalnie, jeśli ktoś lubi)
 
Wykonanie:
Na patelni rozgrzewam masło i cukier. Gdy cukier zacznie się karmelizować, wrzucam na patelnię pokrojone w plasterki jabłko i pokrojoną w plasterki pomarańczę. Smażę plasterki jabłka i pomarańczy do chwili, aż plasterki jabłka zmiękną. Plasterki jabłka mają  uzyskać bursztynowy kolor. Posypuję na koniec szczyptą cynamonu (opcjonalnie). Przekładam skarmelizowane plasterki jabłka i pomarańczy do miseczki na wierzch owsianki.
 

 
 

wtorek, 3 stycznia 2017

rosół z królika z suszonymi grzybami i domowym makaronem oraz o zupie zup (czyli rosole) słów kilka....

Ucząc się gotować często przeszukiwałam blogi polskie i zagraniczne, różnorakie strony (w tym  i zagraniczne) w poszukiwaniu przepisów, które nie istniały. Książek kulinarnych miałam jak na lekarstwo....więc pozostawała mi improwizacja. Metodą dedukcji - prób i błędów wychodziły smaczne, a czasem więcej niż smaczne dania.
Muszę tu stwierdzić, że bardzo bliskie jest mi gotowanie w starym "babcinym" stylu.

Przepisów na buliony, rosoły jest wiele. Na razie królowały u mnie jak na razie rosoły z kurczaków, kaczek, gęsi, perliczek, gołębi i królików. Nie gotowałam rosołu z prawdziwej wołowiny, cielęciny czy dziczyzny. Wszystko przede mną,  choć próbowałam raz gotować rosół z wołowiny poporcjowanej i kupionej w sklepie. Efekt był taki, że ów rosół nie miał smaku i niestety nie była to wina moich kulinarnych umiejętności czy ich braku. Ale wtedy niestety tak myślałam, ze to ja czegoś nie umiem i coś źle zrobiłam.

Podstawą dobrego rosołu jest dobre mięso! Przepisy na rosół typu mieszanego: udka kurczaka, kawałek wołowiny czy cielęciny, może nam wyjdzie jeśli ulepszymy go kostkami rosołowymi. Wiele razy pisałam dzisiejsze mięso z chowu przemysłowego to nie mięso.
Dlatego jeśli mam kawałek mięsa z wiejskiej zagrody, pierwszą potrawą jaką gotuje jest domowy, aromatyczny rosół.

Dla niektórych rosół to tłusta woda z makaronem. Dla mnie to aromatyczna zupa, która rozgrzewa i wzmacnia organizm. Wiecie rosół dla mnie jest potrawą na którą czekam: nie zawsze mam wiejskie mięso. A jeśli już takie mam i gotuje rosół, barbarzyństwem byłoby dla mnie podać go z gotowym makaronem! Nie bez powodu rosół zyskał miano "królowej zup" czy nazwany został "zupą zup".
Rosołów jest przecież tak wiele jak stref klimatycznych, plemion, kontynentów, dostępnych surowców i oczywiście ile domów tyle jego wersji.
Dzisiejszy rosołek jest delikatny, nie za tłusty, słodki od marchewki i innych korzeni, które do niego dodałam. Urozmaiciłam go suszonymi grzybami leśnymi. Oczywiście podałam go z domowym, jajecznym makaronem (z jajek prosto od wiejskich kurek)!
Dla mnie jedzenie to celebrowanie posiłków, nie lubię jeść byle czego (mam tu na myśli m.in gotowce), byle jak i byle gdzie. Dla mnie stół to centrum mojego domostwa, na którym zawsze stoi ciepły posiłek....

Składniki na rosół z królika:
przednie łapy królika (jak pisałam mój rosół jest na wiejskim króliku, który jest większy w rozmiarze i ma tłuszcz, w przeciwieństwie do tego ze sklepu!)
* same łapki w zupełności wystarczają na nie za tłusty rosół!
2 średnie marchewki
większa pietruszka
1/3 dużego selera
2 listki laurowe
kilka ziarenek ziela angielskiego
sól himalajska
świeżo mielony czarny pieprz
garstka suszonych grzybów leśnych

dodatkowo: domowy makaron jajeczny

Wykonanie:
 Płuczę dokładnie mięso, umieszczam w garnku i zalewam zimną wodą. Dodaję obraną i opłukaną włoszczyznę oraz przyprawy. Włączam palnik na malutki płomyk. Rosół ma "pyrkotać"  czyli lekko bulgotać. Kiedy po zagotowaniu na powierzchni zbiorą się "szumowiny" zbieram je z powierzchni. Rosół z królika pyrkotał mi na  kuchence około 2 godzin. Po skończeniu gotowania rosół przelewam przez gęste sitko celem usunięcia fafrocli i przypraw. Marchew, pietruszkę i selera pokroję na mniejsze kawałki celem podania ich razem z rosołem.
Rosół podałam z domowym makaronem jajecznym. Daję na talerz również ugotowane w rosole pokrojone na mniejsze kawałki marchew, pietruszkę i selera oraz kawałki mięsa oddzielone od kości. Zawsze na końcu doprawiam rosół na talerzu świeżo zmielonym czarnym pieprzem.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

biszkopt z kremem budyniowym, ananasem i wiórkami kokosowymi

Na sam początek Nowego Roku upiekłam ciasto, bo chciałam go rozpocząć na słodko. Bardzo lubię to ciasto! Jednak nie robię go zbyt często, bo wiele receptur na słodkości mam jeszcze do wypróbowania! i napisania o nich.
Dzisiejsze ciasto pochodzi z zeszytu z moimi zapiskami, w którym jeszcze jako nastoletnia dziewczyna prowadziłam notatki i wpisywałam przepisy na dania, wypieki oraz potrawy. Po co prowadziłam sobie taki zeszyt? Bo byłam zdania, że kiedy  będę miała swój dom, swoją rodzinę.....to wszystko będzie mi pomocne i nie myliłam się! Ten zeszyt mam do dziś i cały czas mam go pod ręką. Mam w najbliższych planach założyć zeszyt i wpisać na jego karty  wszystkie moje przepisy, których używam!, aby mieć wszystkie pod ręką. Niektóre przepisy wymagają precyzji, a na tyle upieczonych  ciast i potraw przeze mnie ugotowanych.....czasem pamięć mi szwankuje! Za dużo kartek notatek i zapisków. 
Są przepisy, które ulepszałam, pojawiały się nowe, ale wiele przepisów na wypieki zostało nie zmienionych. Obecnie piekąc to ciasto, nie używam jedynie budyniu w proszku (dodaję zamiast budyniu więcej skrobi ziemniaczanej)!

Ciasto to składa się z biszkoptu na który ląduje masa z budyniu i masła. Na kremie układane są kawałki ananasa z puszki, a całość zwieńczona wiórkami kokosowymi.
Piekąc biszkopt zazwyczaj korzystam z dwóch przepisów na nie. Oba przepisy pokazywałam już na blogu. Jeden zapisany jest jako biszkopt z masą, owocami i domową galaretką , a drugi jako odwrócony biszkopt z mandarynkami.

Tym razem piekłam biszkopt z przepisu który jest zapisany pod wpisem na odwrócony biszkopt z mandarynkami. (tylko upiekłam ten biszkopt z podwójnej porcji).

Składniki:
200 g mąki
8 jajek z wolnego wybiegu
150 g cukru pudru lub białego cukru
 
Wykonanie biszkoptu:
Małą kwadratową foremkę wykładam papierem do pieczenia i przechodzę do ubijania biszkoptu.
Oddzielam żółtka od białek. Żółtka ucieram z cukrem, aż masa zbieleje. Białka ubijam na sztywno. Na żółtka nakładam warstwami pianę i mąkę. Delikatnie mieszam ciasto i wylewam do foremki. Wyrównuję masę szpatułką.
Biszkopt piekłam w temperaturze 180 °C  około 25 minut (do suchego patyczka).
 
Składniki na krem:
1,5 szklanki mleka
2 żółtka
pół szklanki cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej
łyżeczka mąki pszennej
 
dodatkowo:
150 g masła
 puszka ananasów w zalewie
wiórki kokosowe
 
Wykonanie:
Jedną szklankę mleka z cukrem podgrzewam. W połowie szklanki mleka, rozrabiam obie mąki z żółtkami.
Do gotującego się mleka wlewam mleko w którym rozrobiłam mąki z żółtkami.
Mieszam do czasu, aż powstanie mi gęsty budyń (ma być jednolita masa, bez grudek!). Odstawiam budyń do wystudzenia. Gdy już mi budyń całkowicie ostygnie miksuję go z masłem (masło w temperaturze pokojowej, w innym wypadku krem nam się zwarzy)!
Przestudzony biszkopt nasączam zalewą z ananasów.
Na biszkopt wykładam krem z budyniu i masła. Na kremie układam pokrojone na kawałki plasterki ananas. Ja zawsze delikatnie kawałki ananasa wtykam w krem. Całość oprószam obficie wiórkami kokosowymi. Odstawiam w chłodne miejsce, aby krem zgęstniał.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...